POLITYKA

Niedziela, 28 maja 2017

Polityka - nr 12 (12) z dnia 2016-12-14; Pomocnik Historyczny. Nr 6. Biografie. Franciszek Józef I; s. 46-53

Postać

Adam Kożuchowski

„Przejdę, nie pozostawiwszy śladu”

Cesarzowa Elżbieta zapisała się w historii jako doskonałe ucieleśnienie mitu: piękna, bogata, sławna, ekscentryczna i nieszczęśliwa.

Niedobrana para. „Trudno wyobrazić sobie większe przeciwieństwa niż tatuś i mamusia” – zanotowała córka Elżbiety i Franciszka Józefa Maria Waleria. Ona narcystyczna hipochondryczka, ekscentryczna entuzjastka sztuki; on idealnie banalny czciciel obowiązku, który szczycił się, że nigdy nie czytał niczego poza dokumentami i korespondencją, a z teatru wychodził po pierwszym akcie, aby wcześnie położyć się spać. Jednak dzieje ich małżeństwa nasuwają wnioski umiarkowanie optymistyczne: miłość, co prawda, nie zwycięża wszystkiego, ale mimo wielu przeciwności przy dobrej woli obu stron potrafi przetrwać bardzo wiele.

On godził się niemal bez słowa wyrzutu, że przez kilkanaście lat bywała w Wiedniu jedynie przejazdem i odmawiała wykonywania jakichkolwiek monarszych obowiązków, wyrozumiale traktował wszelkie ekscesy, pokrywał jej astronomiczne wydatki i bezustannie pisał czułe listy (art. s. 140). Ona osobiście zaaprobowała wybór „przyjaciółki” Katarzyny Schratt, która zastąpiła ją u boku Franciszka Józefa w drugiej połowie życia; zapraszała ją na śniadania we troje, a nawet podarowała małżonkowi jej portret. Zaloty cesarskiego małżonka wobec o dwadzieścia trzy lata młodszej aktorki uwieczniła w swych wierszach. Kiedy pani Schratt występowała poza Wiedniem, cesarska para świętowała jej urodziny szampanem.

Stosunki małżonków dobrze ilustruje odpowiedź cesarza na list, który otrzymał od swej pięćdziesięcioletniej żony z Itaki. Zauroczona widokiem wyspy Elżbieta uznała, że powinna swe doznania uczcić wierszem – i do tego samego zmusiła damę dworu, która w życiu żadnego wiersza wcześniej nie napisała. Oba utwory załączyła do listu do męża. Franciszek Józef, który z własnej woli raczej żadnego wiersza w życiu nie przeczytał, odpisał: „Wiersz Twój uważam za genialny (...), natomiast poezję hrabiny za bardzo słabą”. Byli oboje dobrze wychowani i chyba żadne nie dało nigdy odczuć drugiemu, że nie byli zbyt dobraną parą.

Geny zostały w rodzinie. Biografowie podkreślają, że dla szesnastoletniej Sissi zetknięcie się z wiedeńskim dworem, panującą na nim hiszpańską etykietą rodem z XVII w. (art. s. 54) i oficjalną pompą było szokiem. Że jej dzieciństwo upłynęło wśród rodzeństwa, na łonie natury, w towarzystwie psów i koni raczej niż dam dworu i szambelanów. I że na jej osobowość największy wpływ wywarł ojciec – nieco ekscentryczny książę Maksymilian, który gustował w towarzystwie literatów, dziennikarzy i aktorek, a córkę nauczył jeździć konno i gwizdać oraz zaraził namiętnością do podróży i cyrku. Jednak na tle innych księżniczek tych czasów, które często w młodym wieku wydawano za zupełnie obcych im ludzi i wysyłano do dalekiego kraju, którego języka i zwyczajów musiały się dopiero uczyć, jej małżeństwo zdawało się bułką z masłem.

Przede wszystkim byli ciotecznym rodzeństwem. Sprawę zaaranżowały obie matki, będące córkami króla Bawarii (który trzy pozostałe córki zdołał wydać za władców Prus i Saksonii). Tyle że według ich planu Franciszek Józef miał się oświadczyć starszej siostrze Elżbiety Helenie – zdaniem rodziny mądrzejszej, ładniejszej i dojrzalszej. Sissi na planowane zaręczyny zabrano na doczepkę – ale to w niej właśnie zakochał się, w pewnym sensie od pierwszego wejrzenia, młody cesarz (gdy widzieli się poprzednio, Sissi była jeszcze dzieckiem) i w ciągu paru dni wymusił na matce i ciotce zmianę planów. Wyjąwszy chyba Helenę, o czym biografowie taktownie milczą, oraz młodszego brata cesarza, który ich zdaniem podkochiwał się w Elżbiecie, wszyscy byli zadowoleni. „Gdyby tylko nie był cesarzem!” – miała podobno westchnąć Sissi. Sprawę załatwiono w rodzinie i pozostawało tylko zwrócić się do papieża o zgodę na małżeństwo tak bliskich krewnych – na co, gdy szło o głowy koronowane, papieże uprzejmie zgadzali się od wieków, z wielką szkodą dla puli genetycznej Habsburgów.

Kontrolowana i pouczana. Wiosną 1854 r. Elżbieta przeniosła się z domu matki w położonym pod Monachium pałacu do Hofburga w Wiedniu, którym kierowała ciotka arcyksiężna Zofia. Już wielodniowe uroczystości związane ze ślubem wydały się pannie młodej nadmiernie pompatyczne i uciążliwe. Gdy po nocy poślubnej arcyksiężna Zofia zaprosiła nowożeńców na śniadanie i kazała sobie złożyć szczegółowy raport ze spędzonych wspólnie godzin, Elżbieta oświadczyła, że źle się czuje. Złe samopoczucie i choroby miały się odtąd stać jej standardową bronią w walce z wymaganiami otoczenia.

Kolejne 14 lat życia miała jej zatruć coraz bardziej otwarta wojna z matką męża. Arcyksiężna Zofia była potężną indywidualnością. Po rewolucji lat 1848–49, w czasie której namówiła swego męża, by zrzekł się tronu na rzecz Franciszka Józefa, stała się najpotężniejszą osobą na wiedeńskim dworze oraz czołową postacią rządzącego stronnictwa, którego receptą na uniknięcie kolejnej rewolucji było dokręcanie śruby. Zofia pragnęł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]