POLITYKA

Niedziela, 25 czerwca 2017

Polityka - nr 41 (2726) z dnia 2009-10-10; s. 12-16

Temat tygodnia

Janina ParadowskaMariusz Janicki

Afera z aferą

Sprawa z ustawą hazardową pokazuje, że tworzenie prawa w Polsce wciąż jest zagrożone patologią, ale także to, że ściganie tych patologii, które powinno być bezstronne, to domena zaciętych partyjnych rozgrywek. Dlatego afery pozostają zwykle niewyjaśnione, bo nie o to tu chodzi.

Czym jest tak zwana afera hazardowa? Lobbingiem, niemieszczącym się w ustawowych granicach, zbierającym swe żniwo wśród ważnych polityków PO? Jeśli tak, to lobbingiem, dodajmy, nieskutecznym, gdyż mimo zabiegów posła Chlebowskiego przepis o słynnych już dopłatach ani na moment nie zniknął z projektu ustawy. A może jest to afera szefa CBA Mariusza Kamińskiego, dramatycznie broniącego się przed utratą funkcji, gdy prokuratura stawia mu zarzuty związane z tak zwaną aferą gruntową? Obie interpretacje splątały się w efektowny węzeł.

Kilka dni temu na tajnym kongresie PiS Jarosław Kaczyński powiedział, co zarejestrowała wścibska kamera TVN, że jego partia stoi przed murem, którego mimo bardzo wielu wysiłków nie jest w stanie pokonać. Ten mur to sondaże niedające szansy na reelekcję Lecha Kaczyńskiego i zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Przyznał też, że nie ma sił i środków na żadną wielką kampanię. Rzeczywiście wszystkie dotychczasowe kampanie w rodzaju zmiany wizerunku czy „gry na kryzys” zawiodły i utrwaliło się przekonanie, że potrzebna jest afera.

Polskie doświadczenie uczy, że formacje polityczne najlepiej przewracają się właśnie na aferach, nawet jeśli są one dość sztucznie wykreowane. „Platforma jest silna, ale nawet silny może się przewrócić na skórce od banana” – mówił niedawno w rozlicznych wywiadach Ludwik Dorn, bynajmniej nie sympatyk prezesa Kaczyńskiego.

Zapewne Mariusz Kamiński wykonał gest, tak bardzo dla opozycji użyteczny, przede wszystkim we własnej obronie. Ten scenariusz jest aż nadto oczywisty. Od ponad dwóch lat toczy się śledztwo w sprawie spalonej jakoby przeciekiem akcji CBA mającej dowieść, że wicepremier Andrzej Lepper był skorumpowany. (O ustaleniach tego śledztwa piszemy na s. 16).

Afera gruntowa dla CBA jest swego rodzaju aktem założycielskim, najbardziej spektakularną akcją tej formacji będącej oczkiem w głowie PiS. Wykazanie, że przeprowadzona ona została niezgodnie z prawem, za pomocą metod nielegalnych, delegalizuje nie tylko tę „aferę”, ale także szereg innych, jak choćby kuszenie Beaty Sawickiej. Proces Sawickiej właśnie się rozpoczyna, kończy się proces dr. Garlickiego, innej pokazówki CBA, a więc zaczyna się sądowa weryfikacja tego, co przedstawiano jako wielkie antykorupcyjne osiągnięcia.

Zdejmowanie kominiarek

Zaczyna się czas trudny i niepewny, czas zdejmowania kominiarek. Postawienie zarzutów karnych szefowi CBA jest dla niego dyskwalifikujące. Nic więc dziwnego, że Kamiński wykonywał rozpaczliwe ruchy (w tym publicznie zapowiadane dostarczanie jakichś nowych jakoby materiałów w sprawie afery gruntowej do prokuratury), aby doprowadzić do umorzenia sprawy i nie dopuścić do postawienia mu zarzutów. Prokuratura jednak odważyła się to zrobić, choć bardzo długo zwlekała, zapewne mając świadomość uwarunkowań politycznych takiego kroku.

CBA jest bez wątpienia służbą politycznie sympatyzującą z PiS, a na jej czele stoi były poseł tej partii. Jasne jest, że CBA chętnie tropi przeciwników PiS. Styl, cele i prowokacje CBA nie pozostawiają złudzeń, kogo chce złapać i dlaczego. Biuro, kierując się polityczną busolą, wiele swoich śledztw od razu unieważnia. To elementarz.

Ale też polityczne zacietrzewienie jednej strony nie likwiduje błędów i kompromitacji tej drugiej. CBA nie podsunęło Zbigniewowi Chlebowskiemu kartki do odczytania podczas rozmowy telefonicznej z biznesmenem S. Okazało się, że jeśli – nawet tendencyjnie i z polityczną motywacją – przyłoży się ucho do Platformy, to coś się usłyszy. Może PiS chce wysadzić rząd w powietrze, ale zapalniki są już na miejscu.

Donald Tusk dawał liczne dowody, że ma właściwe podejście do spraw leżących w szarej strefie między polityką a biznesem, jest wręcz na to szczególnie uwrażliwiony. Wielokrotnie ostrzegał swoich ludzi przed skłonnością do wchodzenia w nieczyste interesy, finansowe układy, ryzykowne związki.

Ale premier ponosi odpowiedzialność za to, że tak długo tolerował polityków, którzy pokazują mentalność niektórych lokalnych działaczy dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego, zwłaszcza w okresie, kiedy zaczęli do niego lgnąć biznesmeni, ale także wielu innych partii, by przypomnieć aferę Telegrafu. A na początku lat 90. obowiązywały inne standardy w dziedzinie lobbingu, zasad antykorupcyjnych, tego, co w życiu publicznym robić wypada, a czego nie. Nie chodzi tu o piętnowanie początków III RP, ale o zrozumienie, że w każdej dziedzinie działa postęp, ewolucja i doskonalenie norm.

W nagranej przez CBA telefonicznej rozmowie Chlebowskiego najbardziej szokujące są nie tyle niecenzuralne wyrazy, ale to, że przewodniczący największego parlamentarnego klubu, klubu rządzącej partii, szef sejmowej komisji finansów, nieskładnie tłumaczy się rozmówcy, dobremu koledze sprzed lat. To tamten jest poirytowany, w ofensywie, a Chlebowski nerwowo wyjaśnia, dlaczego tak mało zrobił w interesującej go sprawie. Nowa hierarchia, zaszczyty, jakich doznał Chlebowski, nie mają znaczenia, wciąż obowiązuje nieformalny układ z przeszłoś...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]