POLITYKA

Sobota, 19 sierpnia 2017

Polityka - nr 2 (3093) z dnia 2017-01-11; s. 34-35

Społeczeństwo

Edyta Gietka

Agent

Jan K., w przeszłości obnażający w CBA największe afery korupcyjne, został przyłapany, jak obnażał sam siebie. W parku miejskim nieopodal pracy.

Pokonujący kilka razy dziennie kameralny park warszawski notorycznie natykali się na osobnika czającego się w zaroślach. Na widok matek z dziećmi osobnik ten ściągał spodnie i ze wzrokiem zwróconym w ich stronę, dokonywał czynności zaspokajających siebie samego. Przy czym zawsze zdążał uciec, nim nadjeżdżała powiadamiana policja. Pierzchał podekscytowany w różnych kierunkach, w tym Ministerstwa Środowiska, izraelskiej ambasady lub (ale o tym nie było wówczas wiadomo) miejsca swego obecnego zatrudnienia o najwyższej gramaturze państwowej. Złapany po roku onieśmielał dzielnicowych piastowanym stanowiskiem.

Oto historia pewnych erekcji, ze zorganizowaną przestępczością w tle.

1.

Matki mające do czynienia z osobnikiem w krzakach wymieniały między sobą spostrzeżenia, iż jest on nieadekwatnie elegancki w stosunku do ohydnych zachowań, z których był znany w parku blisko od roku. Zazwyczaj ubrany w inteligencką marynarkę sztruksową koloru brązowego, spodnie jasne, półbuty czarne, ekstrawaganckie okulary w białej oprawce, zawieszone na pucułowatej twarzy, przy udzie etui z laptopem. W chłodne dni okryty szykownym czarnym płaszczem.

Maria F. tuż przed wejściem na teren zadrzewiony ściskała mocniej rączki swoich dzieci w wieku wczesnoszkolnym, zawsze mając nadzieję już nigdy więcej nie zobaczyć genitaliów tego pana. Jednak widziała. Czasem dwa razy dziennie. Kluczył między roślinnością tylko w robocze dni tygodnia, w godzinach ściśle określonych. Najczęściej o 7.30, kiedy park gęstniał od chłopców i dziewczynek, lub w okolicach lunchu, gdy wesoło pokonywały drogę powrotną w rodzicielskiej asyście.

Jego posturę Maria F. rozpoznawała już z daleka, zawczasu odwracając dziecięcą uwagę. Zawsze niespokojny w chodzie, wręcz pobudzony. Szedł, jakby bujał się na palcach, a rozejrzawszy naokoło, przyczajał się w pobliżu placu zabaw, nieobyczajnie gmerając w rozporku ze wzrokiem skierowanym na huśtawki. Nierzadko kluczył długo, okrążając park ze trzy razy, by ostatecznie skrócić dystans do dzieci i uwolnić spodnie z paska.

Pewnego razu Maria F. prawie weszła na onanizację. Osobnik ten stał na odległość wyciągniętej ręki, wręcz wychylając ku niej. Zwróciła się do niego obrzydzona, że co to ma w ogóle być? Jednak znów okazał się szybszy. Musiała być mu dobrze znana aranżacja monitoringu wokół parkowego ogrodzenia, bo uciekając, wiedział, w którym miejscu spuścić głowę.

Monika B. stała z synkiem na przystanku, gdy patrząc dziecku w oczy, plądrował rozporek. Zaś jedną z trzech małych córeczek Justyny G. wypłoszył z koedukacyjnej ubikacji w klubokawiarni tuż obok (kameralnej, może na pięć stoliczków). Córeczka poszła sama zrobić siku, a zapytana po powrocie, czy umyła rączki, zaczęła szlochać, że rączki ma brudne, bo w toalecie stoi obcy pan. Kategoryczna w wychowaniu Justyna G. kazała córeczce poczekać, aż pan się załatwi, i wrócić, jednak ta opierała się histeryzując, że on wcale nie chciał sikać. Patrzył, jak siedzi na sedesie, i mocno (o tak) przyciskał piąstki (o tu). Justyna G. oprzytomniawszy, wybiegła za osobnikiem, lecz był już daleko. Zdążyła telefonem komórkowym sfotografować go od tyłu. Na poruszonym zdjęciu najostrzej wyróżniał się całkowity brak włosów.

W szkole podstawowej sąsiadującej z parkiem zbierały się w trybie pilnym komitety rodzicielskie. Dyskutowano nad zdwojoną eskortą dzieci, wklejano w gabloty instrukcje w punktach, jak skutecznie znikać zboczeńcowi z pola widzenia. Dzielnicowa prasa donosiła o coraz nowszych przypadkach, być może związanych z tym osobnikiem. Między innymi o pewnej dziewczynce zamieszkałej w pobliżu, którą próbował zwerbować do piwnicy prosto z klatki schodowej, obiecawszy pokazać małe kotki, a jednego podarować w prezencie. Kiedy wymknęła się spod jego rozłożonych ramion, złapał dziewczynkę za nogę, próbując do siebie przyciągnąć. Na jedną kobietę wyskoczył zza kontenera obnażony. Ponieważ kategorycznie odmówiła seksu, złamał jej oczodół, szczękę oraz nos.

Ciągle za nim nienadążające matki trzymały w gotowości swoje telefony, by możliwie jak najszybciej od podjętej przez osobnika czynności lubieżnej zawiadomić patrol. Aż udało się go dogonić jesienną porą w trakcie intensywnej penetracji strefy okołoparkowej, związanej z nasilającymi się zażaleniami.

2.

Zanim to nastąpiło, zmobilizowano w zarośla na okres obławy więcej niż zwykle patroli pieszych. Łapano wielu eleganckich mężczyzn łysych, urywających się z biur na tzw. moment. Rozpaczali na przesłuchaniach, zeznając pod przysięgą, iż jedyną winą, do jakiej się poczuwają, jest chęć załatwienia ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]