POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 32 (3122) z dnia 2017-08-09; s. 24-25

Polityka / Ogląd i pogląd

Sławomir Sierakowski

Alterglobaliści? No pasarán!

Nie było w naszym kraju masowych demonstracji alterglobalistów, takich jak choćby niedawno w Hamburgu. Czy to znaczy, że nie ma u nas przeciwników globalizacji? Może to efekt kryzysu lewicy?

W Hamburgu demonstrowali przede wszystkim młodzi. U nas – do czasu niedawnych protestów przeciwko przejęciu przez władzę kontroli nad KRS, sądami powszechnymi i Sądem Najwyższym – prawie nie było młodych na ulicach. Jeśli już, to młodzieżą na manifestacjach mogli pochwalić się narodowcy. Notabene, spora część wszelkiej maści narodowców przyznaje się do poglądów antyglobalistycznych. Nie podoba im się amerykanizacja kultury, którą uważają za zagrażającą polskiej tradycji, ani laicyzacja i liberalizm obyczajowy, które utożsamiają z globalizacją. Mimo to alterglobalizm polski ma przede wszystkim lewicowy charakter.

W Polsce funkcjonują wszystkie ważniejsze (alter)globalne organizacje na czele z ATTACK Polska, ukazują się Indymedia i „Le Monde Diplomatique”, i książki najważniejszych krytyków globalizacji, a z alterglobalistycznymi poglądami identyfikuje się bardzo wiele organizacji mniej lub bardziej lewicowych (w tym „Krytyka Polityczna”, do zespołu której należę). Wszystko, co trzeba, mamy. Mamy internet i media społecznościowe, czyli podstawowe instrumenty alterglobalistów, którzy pierwsi nauczyli się, jak je wykorzystać do uprawiania polityki na ulicach. Mamy też znacznie silniejszą pozycję poglądów neoliberalnych, które zdominowały debaty o transformacji po 1989 r. Dopiero od kilku lat debata na temat gospodarki i spraw zagranicznych jest bardziej pluralistyczna. Polska, podobnie jak cały nasz region, ma też inny stosunek do Stanów Zjednoczonych niż Francja albo Niemcy, a nawet same Stany Zjednoczone, gdzie w istocie antyamerykanista, krytyk elit i Waszyngtonu, globalnego handlu, został wybrany na prezydenta.

Do niedawna więc sojusz z Ameryką i liberalizm ekonomiczny był w Polsce niepodważalnym światopoglądem, tak naturalnym i oczywistym w debacie publicznej, że dla większości jej uczestników był przezroczysty jak powietrze. Mamy znacznie bardziej liberalny rynek pracy niż Niemcy i cała zachodnia Europa, znacznie więcej biedy i innych problemów społecznych. Na oko powinniśmy być znacznie bardziej zaangażowani w alterglobalistyczne protesty. Dlaczego tak nie jest?

Pierwszy powód został dawno już odkryty i opisany przez filozofów społecznych, z samym Karolem Marksem na czele. Rewolucje wybuchają w centrach kapitalizmu, a nie na jego peryferiach. Jeśli stało się inaczej, bo rewolucja komunistyczna wybuchła w Rosji, to bardziej dlatego, że biały carat zmienił kolor na czerwony, niż obalił prawie nieistniejący w Rosji kapitalizm.

Jeśli byt określa świadomość, to znaczy też, że świadomość jest niezbędnym warunkiem kontestowania kapitalizmu. Kto pamięta „Manifest komunistyczny”, dobrze wie, że jest to pochwała globalizującego się kapitalizmu: „Przez eksploatację rynku światowego burżuazja nadała produkcji i spożyciu wszystkich krajów charakter kosmopolityczny. Ku wielkiemu żalowi reakcjonistów usunęła spod nóg przemysłu podstawę narodową”. O komunizmie w „Manifeście” właściwie nie ma ani słowa. Dlaczego? Bo warunkiem obalenia kapitalizmu jest jego zaawansowanie. I taki sam jest warunek poparcia dla alterglobalizacji. Dopóki nasz kapitalizm będzie kapitalizmem butów i mieszkań, dopóty nasze demonstracje alterglobalistyczne przyciągać będą nieporównanie mniejsze tłumy niż niemieckie, amerykańskie czy francuskie.

Drugi powód: Polacy ze względu na odmienną od zachodniej historię najnowszą nie mogą mieć podobnego stosunku do ponadnarodowych korporacji. Jeszcze na emigracji wśród polskich intelektualistów, którzy patrzyli na Polskę z Londynu, Paryża czy Nowego Jorku, krytyczna refleksja na temat przemian wyrastającego ponad narodowe granice kapitalizmu pojawiła się równie wcześnie co wśród intelektualistów zachodnich. Chyba najbardziej wyrazisty przykład to Wojciech Wasiutyński, intelektualista związany z przedwojenną endecją, który pisał sporo i ciekawie o tzw. multinacjonałach. Ale z punktu widzenia tego, co dotyczyć mogło Polaków nad Wisłą, była to czysta egzotyka.

Po 1989 r. w Polsce i innych krajach postkomunistycznych trudno było traktować wielkie korporacje jako zagrożenie. Owszem, i takie poglądy się zdarzały, ale były wyrażane przez Adama Słomkę, na antenie Radia Maryja czy przez całą skrajnie prawicową menażerię („Rozkradli majątek Polski”). Reszta, nawet bardzo lewicowa, jak Jacek Kuroń czy Karol Modzelewski, miała świadomość, że bez wejścia do Polski i zainwestowania wielkiego globalnego kapitału niemożliwy byłby jakikolwiek rozwój, nawet jeśli dla wielu okazało się to bardzo niesprawiedliwe. W Polsce brakowało kapitału, i z punktu widzenia całej gospodarki nie było wyboru: własny krajowy, rozdrobniony po rodzinnych wielopokoleniowych interesach versus anonimowy, międzynarodowy, wypierający te interesy. U nas prawie bez wyjątku mógł być tylko ten drugi. A ten drugi przynieść mogła tylko globalizacja.

Po 60 latach komunizmu inny musiał być też stosunek mediów i mas do przynajmniej części języka alterglobalistycznego, do marksizmu choćby. U nas do dziś działa poważna bariera językowo-skojarzeniowa na ten temat, co wystarczy sprawdzić, wypowiadając słowa „świadomość klasowa” w nawet najlepiej wykształconym i lewicowym ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Sławomir Sierakowski, socjolog i komentator polityczny. Twórca „Krytyki Politycznej”. Publikuje m.in. w „New York Timesie”, „The Guardian” i „Project Sindicate”. Dyrektor Instytutu Studiów Zaawansowanych.