POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 9 (9) z dnia 2016-10-19; Niezbędnik Inteligenta. 2/2016. Magia utopii. W poszukiwaniu utraconej przyszłości; s. 52-53

W poszukiwaniu lepszego świata

Aleksandra Przegalińska

Alternatywa Barbie

W filmie „Barbie: Gwiezdna Przygoda” problemem bohaterki z długimi nogami oraz plastikową twarzą nie jest zazdrosna rywalka czy szalony profesor o niecnych zamiarach. To brak harmonii we Wszechświecie. Co o współczesnym człowieku mówi ta kreskówka?

Wyzwanie rodem z podręczników do zrównoważonego rozwoju: nadchodzi mrok, migoczące na niebie gwiazdy przygasają i spowalniają ruch. Szczęśliwie, uratowanie kosmosu to zadanie idealne dla pięknej Barbie, która na tajemniczej planecie dołącza do grupy ratującej gwiazdy i wspólnie próbują ocalić galaktykę. Wkrótce bohaterka odkrywa w sobie niezwykłą siłę – od tego momentu wie, że jeśli tylko będzie słuchać swego serca i dobrze odnajdzie się w otoczeniu zaawansowanych technologii, pewnie uda jej się ocalić galaktykę.

Technologie w różowym świecie Barbie są bowiem dostępne wszędzie, nawet w rezerwatach i dżunglach, gdzie natura przeplata się z genetycznymi mutacjami, sprzętem do rozszerzonej rzeczywistości, hologramami i prymitywistycznymi z zewnątrz osadami, które w środku okazują się inteligentnymi domami. Oglądając Barbie, mimo iż róż i cukierkowa estetyka usilnie przesłaniają wszystko, wyraźnie dostrzec można tęsknotę za utopią. W tej tęsknocie nie chodzi jednak już o samą Barbie – uosobienie fizycznej niemożliwości piękna absolutnego, ale o styl życia, który prezentuje ona w tym konkretnym filmie.

Barbie nie jest i nie chce być w świecie wciąż jeszcze aktualnych aspiracji ludzi Zachodu – nie chce chodzić na zakupy, jeździć drogim samochodem i na drogich wakacjach sączyć drinków z palemkami. Taka forma luksusu jest już passe, nawet pośród tych, którzy produkując Barbie, zachęcają do konsumpcji produktów firmy Matell. Najlepszą możliwą przyszłością objawianą przez Barbie to życie w lekko technologicznie podrasowanej przyrodzie, która – dając powiew naturalności i dzikości – pozostaje jednak poddana kontroli człowieka. Barbie jeździ zatem na swojej galaktycznej, ekologicznej deskorolce, rozmawia ze zwierzętami, steruje statkiem kosmicznym, zapewne także znakomicie koduje i obsługuje swój inteligentny dom. Jej świat okazuje się współczesną (bardziej niźli futurystyczna) przestrzenią – ostrożnie złożoną szkatułkową konstrukcją, w której mikroutopie różu, słodyczy i urody zostają osadzone w galaktycznych makroutopiach, gdzie miłość i techniczny postęp podają sobie ręce.

Animacja „Barbie: Gwiezdna Przygoda” jest symptomatyczna. Widać w niej wyraźnie, jak bardzo ludzie są przesyceni i przytłoczeni problemami targającymi światem. Urbanizacja, industrializacja czy motoryzacja postrzegane są, nawet w kreskówce dla maluchów, jako objawy systemowego kryzysu współczesnej cywilizacji. Wielu ekspertów uważa, że wobec tego konieczne jest tworzenie alternatywnych idei rozwoju. Barbie ze wszystkimi swoimi sprzecznościami: postulatem miłości, która zwycięży rozum, brakiem zgrzytów między technicznym postępem a dziką przyrodą, lukrowanym licem a kombinezonem rodem z „Gwiezdnych wojen”, wpisuje się właśnie we współczesny dyskurs ekologiczny, który jest nierzadko uwikłany w nierealistyczne założenia i nadzieje.

Pociągające lepsze jutro

Barbie eksploatuje te same wątki, z którymi zmagają się na różne sposoby rozmaite dziedziny wiedzy. Politologia czy nauki o zarządzaniu budując swoją tożsamość, również sięgnęły do myślenia utopijnego, proponując explicite lub implicite wizję lepszego świata i pełni poznania po wdrożeniu określonych ideałów. Jako przykład podać można wczesno XIX-wieczny projekt naukowego zarządzania (scientific management), koncentrujący się na polepszeniu działania poszczególnych pracowników i mający na celu zwiększenie efektywności i wydajności pracy. Podstawą metody naukowej jest obserwacja, eksperyment i doświadczenie, ale celem idealna efektywność. Naukowe zarządzanie zrodziło się z potrzeb praktyki i stanowiło częściowe rozwiązanie niektórych problemów organizacji i zarządzania, jakie pojawiły się pod wpływem rewolucji przemysłowej, ale stało się podłożem z gruntu utopijnej idei absolutnej optymalizacji.

Na fali problemów rodzą się utopie paranaukowe, a nawet naukowe, ale także powszechne i popularne. Utopie to swoiste zbiory szlachetnych intencji i prezentują się jak katalogi spraw do zrealizowania w imię szeroko pojętego dobra bądź też jako kwintesencje zbiorowych nadziei artykułowanych przez jednostki i (najczęściej małe) zbiorowości. Utopia to lepsze jutro – lepsze o tyle, o ile prawdziwe okażą się następujące założenia:

1. człowiek jest zasadniczo dobry i rozumny, ale jest też plastyczny i relatywnie łatwo go zmienić;

2. nie istnieje nieusuwalna sprzeczność między pomyślnością jednostki i społeczeństwa;

3. przyszłość obejmuje ograniczoną liczbę przewidywalnych możliwości;

4. ludzie nie mogą znudzić się szczęściem;

5. możliwe jest nauczenie sprawiedliwości wybranych do rządzenia ludzi;

6. nie ma sprzeczności między rządami utopijnymi a ludzką wolnością.

Utopie pojawiły się w czasie, gdy człowiek renesansu zaczął kwestionować degeneratywne koncepcje dziejów konsekrowane przez chrześcijańską soteriologię, czyli utopie ładu wiecznego, i zaczął na nowo marzyć o sprowadzeniu na Ziemię Królestwa Bożego. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Od utopii do totalitaryzmu

(BN)

Pierwsza połowa XX w. upłynęła pod znakiem realizacji dwóch utopii – komunistycznej i faszystowskiej – które przekształciły się w ludobójcze tyranie. Gdy w 1917 r. władzę w Rosji przejęli bolszewicy, Lenin zaczął wprowadzać w życie swoją wizję nowego człowieka i doskonałego społeczeństwa. Choć komuniści zdobyli władzę, obiecując ludziom zaspokojenie elementarnych potrzeb – ziemi, chleba, pokoju, równości, demokracji – efektem ich działań były wojna, głód i terror. Dyktatura proletariatu w ZSRR nie przyjęła zakładanej formy zdecentralizowanego systemu demokracji bezpośredniej (lokalnych rad), lecz przekształciła się w despotyczne rządy monopartii kierującej scentralizowanym, opresyjnym państwem. Po śmierci Lenina jego dzieło bezwzględnie kontynuował Józef Stalin, który skupił w swych rękach władzę absolutną i przekształcił ZSRR w państwo totalitarne. Podczas budowania nowego ustroju zamordowano lub zagłodzono miliony ludzi. Wszelkie dziedziny życia, historię, pamięć poddano nadzorowi państwa. Kontrolując życie społeczne, terrorem i nachalną propagandą władza kształtowała umysły obywateli i zmieniała ich w posłusznych wykonawców swej woli.

Wykorzystując te same totalitarne metody i inżynierię społeczną, po przejęciu władzy w 1933 r. własną wizję idealnego społeczeństwa niemieckiego, sformułowaną w „Mein Kampf”, zaczął realizować Adolf Hitler. W niemieckiej odmianie faszyzmu fundamentem Wielkich Niemiec miał być biologiczny rasizm, zakładający wyższość tzw. rasy aryjskiej. Społeczeństwo niemieckie miało stać się organizmem czystym rasowo. Wszyscy Aryjczycy powinni się zjednoczyć, by – kierując się quasi-darwinizmem i etyką walki – wyeliminować inne rasy, przede wszystkim Żydów, i zdobyć konieczną przestrzeń do życia, Lebensraum. Nowe, silne państwo Niemców miało być zbudowane zgodnie z ideą wspólnoty narodowej i podporządkowania jednostki interesowi ogółu. Narodowy socjalizm realizował zasady antyliberalnego kolektywizmu, odrzucał jednak parlamentaryzm i oddawał władzę absolutną w ręce führera – wodza narodu i partii NSDAP, czyli Hitlera – oraz najwyższych funkcjonariuszy partii nazistowskiej. Działania te doprowadziły do wybuchu II wojny światowej i masowego ludobójstwa – życie straciły dziesiątki milionów ludzi.

Gwiezdne utopie

(BCh)

Wymyślone przez George’a Lucasa „Gwiezdne wojny” są baśnią, przypowieścią, o czym przypominają każdorazowo słowa „Dawno, dawno temu…”. A może też utopią? Jeśli na chwilę z obrazu tego uniwersum wymażemy siły zła, otrzymamy gigantyczną, wielokulturową, międzygwiezdną Starą Republikę, rządzoną przez senat, w którym ważą się głosy przedstawicieli setek rozumnych ras różnie zorganizowanych lokalnie – niektóre tworzą królestwa czy nawet wspólnoty plemienne, inne – nowoczesne demokracje. Siłą utrzymującą porządek w Galaktyce są rycerze Jedi – członkowie zakonu dobierani w dzieciństwie ze względu na szczególne uwrażliwienie na Moc, czyli obecną w całym Wszechświecie siłę łączącą różne istoty żywe, mającą swoje mistyczne i naukowe uzasadnienie. Jest to więc organizacja parareligijna, mistykę zręcznie łącząca z wiedzą naukową. Kojarzyć się może z oddziałami buddyjskich mnichów na usługach nieco technokratycznej i ociężałej za sprawą swoich rozmiarów republiki. Udawało się ten ustrój utrzymać, ale czy przeciętny Skywalker na peryferiach Galaktyki miał dzięki temu idealne życie?

Fikcyjna Stara Republika przetrwała wprawdzie 25 tys. lat, ale była nękana co i rusz przez grupy zbrojne, które ciemnej strony tej samej Mocy próbowały użyć w celu przejęcia pełnej kontroli nad światem. Filmowo atrakcyjny stał się rzecz jasna zmierzch Republiki, gdy wyjątkowo potężnemu lordowi Sith udaje się rozsadzić demokrację od środka, zamieniając ją w Imperium Galaktyczne. O ile poprzedniego ładu społecznego „Gwiezdnych wojen” nie można bezkrytycznie uznać za wizję utopijną, to czasy terroru Imperium, z jego totalitarną władzą egzekwowaną przez zbrojne jednostki, wydają się bliskie klasycznej antyutopii. George Lucas w wymyślaniu mrocznych wizji miał zresztą doświadczenie – antyutopią był świat przedstawiony w jego wcześniejszym filmie „THX 1138”. Utopijna była za to wizja ładu galaktycznego prezentowana w konkurencyjnej sadze „Star Trek”, której tło polityczne i ekonomiczne wyglądało tak, jak gdyby scenariusz był efektem długoletnich negocjacji na forum ONZ.