POLITYKA

Poniedziałek, 25 września 2017

Polityka - nr 23 (3113) z dnia 2017-06-07; s. 24-26

Polityka / Polemika

Edwin Bendyk

Alternatywa możliwa

Karol Marks opublikował 150 lat temu I tom „Kapitału”. Spory o sens i znaczenie jego teorii trwają do dziś. Wątpliwości nie ma jedynie Robert Krasowski w swej prezentacji marksowskiego dorobku.

Sięganie po Marksa nie jest zabawą zapałkami, wszystko, co w nim było groźne, dawno zamokło. Jego projekt jest politycznie równie martwy, jak państwo Platona. Ale jest też drugi powód jego nieważności, będący triumfem diagnozy Marksa. Rynek światowy stał się taką potęgą, że nikogo się bać nie musi. Ani Marksa, ani lewicy, ani zapałek” – napisał Robert Krasowski w zakończeniu tekstu „Totalny człowiek Marksa” (POLITYKA 17/18). Stwierdzenie mocne, na miarę tezy o „końcu historii” Francisa Fukuyamy sprzed ćwierćwiecza i deklaracji TINA – „There Is No Alternative” Margaret Thatcher, która również uznała, że nie ma alternatywy dla wolnorynkowego kapitalizmu.

Stwierdzenie mało więc oryginalne, choć dość odważne w sytuacji trwającego już dekadę kryzysu tego systemu. Już nie tylko lewicowi krytycy kapitalizmu, ale także liberałowie zwracają uwagę, że silnik napędzający to, co dla systemu najważniejsze – akumulację kapitału, szwankuje i żywi się głównie spekulacjami finansowymi oraz długiem zaciąganym wobec przyszłości. Oznaki choroby to malejący dynamizm, coraz słabsze tempo innowacji i rosnące w biliony dolarów zasoby finansowe trzymane bezproduktywnie w korporacyjnych kasach oraz rajach podatkowych. Czy ta zadyszka oznacza koniec kapitalizmu? Do takiej odpowiedzi skłaniają się autorzy tak różni, jak Paul Mason, Jeremy Rifkin, Immanuel Wallerstein czy Wolfgang Streeck. Czy może też po raz kolejny kryzys stanie się okazją do systemowej reorganizacji i przekształcenia do jakiejś nowej wersji, np. zielonego kapitalizmu?

Najbezpieczniejszą odpowiedź zaproponował Zygmunt Bauman, który w swych ostatnich pracach odwoływał się do koncepcji interregnum – bezkrólewia, ukutej w okresie międzywojennym przez włoskiego marksistę Antonio Gramsciego. Oznacza ona sytuację, kiedy stary ład wyczerpał się, świat zaczynają drążyć coraz liczniejsze patologie, a w narastającym chaosie dojrzewają kryształy nowej rzeczywistości. Trudno o lepszą ilustrację tego procesu niż polityczne paroksyzmy ostatniego roku: brexit–Trump–Macron, wstrząsające centrum systemu zglobalizowanego kapitalizmu. Co się z tych paroksyzmów wyłoni? Czy skazani jesteśmy na triumf nieustraszonego światowego rynku? Radzę odkurzyć Marksa, nie jest tak martwy i bezużyteczny, jak się Robertowi Krasowskiemu wydaje.

Sięgając dziś po Marksa, trzeba mieć jednak świadomość, że nigdy nie sformułował on odpowiedzi na pytanie o koniec kapitalizmu. Przez całe życie opisywał niezwykle złożony i ewoluujący system zdolny do rewolucjonizowania samego siebie i ciągłego odnawiania pod wpływem kryzysów. Na podstawie swych analiz nie odważył się jednak sformułować przypisywanej mu zusammenbruchstheorie, tezy o nieuchronnym upadku kapitalizmu pod wpływem narastających wewnętrznych sprzeczności. Trzeci tom „Kapitału” opublikowany przez Fryderyka Engelsa z pozostawionych przez Marksa materiałów w 1894 r. nie przyniósł wyczekiwanej w środowiskach socjalistycznych i komunistycznych odpowiedzi, choć pojawia się w nim słowo zusammenbruch. Jego autorem jest jednak Engels, który w procesie redakcyjnym postanowił „podkręcić” zbyt nieśmiało wyrażone stanowisko oryginalne.

Ta drobna pozornie poprawka edycyjna nadała niezwykłej dynamiki rozwojowi marksizmu i wewnętrznych sporów, czego najlepszym wyrazem była ostra krytyka teorii upadku przygotowana przez Eduarda Bernsteina i opublikowana już po śmierci Engelsa w 1895 r. Bernstein został okrzyknięty rewizjonistą – pierwszym heretykiem kwestionującym ortodoksyjną jakoby myśl rewolucyjną Karola Marksa. W późniejszych czasach kodyfikacji marksizmu w system diamatu – materializmu dialektycznego – etykieta rewizjonizmu oznaczała śmiertelne zagrożenie. W istocie jednak pierwszym, i to notorycznym, rewizjonistą był sam Karol Marks podkreślający, że nie jest marksistą.

Rozjazd między Marksem prawdziwym a mitycznym fundatorem rewolucyjnego marksizmu zaczął się tuż po śmierci autora „Kapitału” w 1883 r. Wbrew temu, co pisze Robert Krasowski, to nie Lenin i radziecka propaganda wykreowali Marksa. Pozycję głównego teoretyka i krytyka kapitalizmu przyniósł mu I tom „Kapitału” opublikowany w 1867 r. Bez Marksa nie zostałby socjalistą Józef Piłsudski, o czym pisał we wspomnieniu z początku XX stulecia (choć Piłsudski nie był marksistą, uznał lekturę „Kapitału” za pożywniejszą od dzieł Spencera i to ona pomogła mu ugruntować się w socjalistycznych przekonaniach).

Bez Marksa trudno sobie wyobrazić rozwój niemieckiej socjaldemokracji, najsilniejszego pod koniec XIX w. marksistowskiego ruchu socjalistycznego. To właśnie na potrzeby tego ruchu Fryderyk Engels po śmierci swego przyjaciela zaczął tworzyć jego kult i obraz, jaki upowszechnił się w XX w. Obraz odkrywcy obiektywnych praw rozwoju dziejowego, twórcy spójnego i jednoznacznego systemu badania rzeczywistości. Gareth Stedman Jones w najnowszej, monumentalnej biografii Marksa z 2016 r. „Karl Marx. Greatness and Illusion” (Karol Marks. Wielkość i iluzja) pokazuje, jak bardzo różnił się od tej XX-wiecznej ikony prawdziwy Marks XIX-wieczny.

Kim więc był Marks? Niewątpliwie, jak lakonicznie stwierdził Leszek Kołakowski, „Marks był niemieckim filozofem”. To ważne stwierdzenie, które zachęciło wielu innych filozofów do wyjaśnienia istoty filozoficznego myślenia autora „Kapitał...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]