POLITYKA

Niedziela, 23 lipca 2017

Polityka - nr 25 (3115) z dnia 2017-06-21; s. 46-48

Świat

Marek Ostrowski

Amerykanin w Paryżu

Wygrana partii Emmanuela Macrona oznacza, że teraz młody prezydent nie będzie miał już wymówki – musi spełnić obietnicę rewolucji.

Tuż przed wyborami lewicowy filozof Regis Debray opublikował książkę pod tytułem „Cywilizacja. Jak staliśmy się Amerykanami”. Dowodzi w niej m.in., że w Ameryce osobowość kandydata od dawna była czynnikiem przesądzającym o politycznej wygranej. Natomiast Europa, zwłaszcza Francja, była dotychczas dojrzalsza, bo kryterium decydującym o wyborze były idee, programy, wizje przyszłości. Ale i Francja uległa amerykanizacji polityki: skusiła się na przykład na debaty, w których kandydat ma 90 sekund na przedstawienie przyszłości kraju. Słowem, przestały się liczyć rozum i kalkulacje, została charyzma postaci jako czynnik decydujący.

Taka amerykanizacja działała na korzyść Emmanuela Macrona. Jego urok osobisty trudno było nawet zestawiać z rywalami. Mobilizował też młodzież. Na jego wiecach pojawiali się młodzi ludzie poniżej 30. roku życia, niebiorący dotąd udziału w polityce. Poza tym we Francji nastało zmęczenie starym światem politycznym. Nie odczuwało się krążenia jakichś nowych idei, lecz samą tylko rywalizację personalną. Wyborcy nie wiedzieli dobrze, jaka ma być przyszłość, ale wiedzieli, że „tak dalej być nie może”.

Macronmania

39-letniego Macrona, reprezentującego młodość i dynamizm, cudowne dziecko, autora wielkiego zwycięstwa parlamentarnego, obsypuje się dziś mnóstwem komplementów. Ale na jego zwycięstwie zaważył szczęśliwy zbieg okoliczności. Obie tradycyjne partie – socjaliści i centroprawicowi republikanie – zdecydowały się na prawybory, które podminowały je od wewnątrz; zaogniły ambicje i rywalizacje personalne.

Wybory prezydenckie we Francji mają gromadzić ludzi wokół kandydata; prawybory doprowadziły do rezultatu odwrotnego: kandydat republikanów François Fillon dość niespodziewanie wygrał z popularniejszym od niego Alainem Juppé, a potem sam skompromitował się aferą z fikcyjnym zatrudnianiem żony i dzieci. Macron – wbrew radom – zaufał swojej intuicji, postąpił słusznie, że do tych prawyborów nie stanął, i skorzystał z kłótni i rozdźwięków na lewicy i prawicy. Wyczuł powszechną potrzebę czegoś nowego.

– Wiele osób ma nadzieję, że Macron zburzy mentalny mur berliński między lewicą i prawicą we Francji – mówi Philippe Meyer, reporter i autor, który dobrze zna francuską prowincję. Sam Macron – jeszcze jako minister – mówił, że ten podział jest dziś absurdalny. Dzisiejszą „macronmanię” wzmacnia marzenie, aby zbudować we Francji silną partię centrum. Rząd, który Macron powołał, to kombinacja polityków starych i doświadczonych z nowicjuszami. Tych pierwszych reprezentuje Jean-Yves Le Drian, z wymownym tytułem ministra Europy i spraw zagranicznych. Dla Polski to ważny sygnał, bo Le Drian był dotychczas ministrem obrony i relacje z Antonim Macierewiczem głęboko go doświadczyły.

Na razie mamy całkowicie odmienione Zgromadzenie Narodowe. 90 proc. kandydatów partii Macrona, Republiko Naprzód! (La République en marche!, LRM), nigdy wcześniej nie było posłami. Oddajemy materiał do druku przed drugą turą wyborów, ale już wiadomo, że w Zgromadzeniu znajdzie się dzięki LRM: największa w historii liczba kobiet, największa liczba posłów i posłanek spoza świata politycznego, reprezentująca społeczeństwo obywatelskie, a także zapewne największa liczba posłów mających własne przedsiębiorstwo.

Nie są to ludzie ze środowisk społecznych innych niż dotychczasowi posłowie, jednak ogromna różnica tkwi w ich stosunku do partii politycznych: – Przedtem, by się dostać do Zgromadzenia, trzeba było zadowolić aparat partyjny, wybrać odpowiednią tendencję, która akurat była górą. Wszystko to sterylizowało debaty, nowe idee się nie przebijały. Nowi posłowie nie mają tego obciążenia partyjnego, ale z drugiej strony nie wiadomo, czy będą się umieli poruszać w polityce – mówi Meyer.

Czy ta mieszanka stanie się zaczątkiem prawdziwej partii, która na dalszą metę rzeczywiście zdominuje francuską politykę? Wiadomo, że obie tradycyjne partie popadną w kryzys finansowy z powodu gwałtownego spadku liczby posłów, bo partie dostają pieniądze z budżetu według liczby oddanych głosów w wyborach i właśnie liczby deputowanych. Socjaliści, którzy stracili większość w Zgromadzeniu, a wcześniej w regionach, mówią nawet o sprzedaży pięknej siedziby partii przy ul. Solferino w Paryżu. Znaczna część centroprawicy porzuci republikanów i poprze Macrona.

Ale chociaż doszło do ogromnego przetasowania sił politycznych we Francji, to nie będzie żadnej rewolucji pałacowej ani czystek w administracji. Francja jest krajem rozbudowanej i zasiedziałej służby cywilnej, zmiana rządu, nawet tak dogłębna, nie powoduje zjawiska TKM nawet w sektorze publicznym, większym niż gdziekolwiek w Europie Zachodniej.

Sztuka symboli

Życie polityczne we Francji, nazywanej monarchią republikańską, tak bardzo zależy od prezydenta, że nie dziwi zalew analiz i komentarzy na temat Macrona, zjawiska przecież niespodziewanego. – Macron ceni dyskusję, umie słuchać innych, umie przekonywać – mówi Philippe Meyer. Z drugiej strony najwyraź...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]