POLITYKA

Czwartek, 29 czerwca 2017

Polityka - nr 17 (3108) z dnia 2017-04-26; s. 42-44

Społeczeństwo

Juliusz Ćwieluch

Amerykanin w Żaganiu

Jak każde spełnione marzenie, obecność amerykańskich wojsk w Polsce zarówno cieszy, jak i rozczarowuje.

Wysyłając swoich żołnierzy do Polski, amerykański generał Ben Hodges 25 marca przemawiał jak dobry ojciec. Mówił szczerze: warunki będą surowe. Ale dodawał otuchy: w Iraku i w Afganistanie były gorsze. Obiecał jeszcze, że będzie po spartańsku, ale przynajmniej z dostępem do Wi-Fi. Wykazał się w tym optymizmem, co widać było po ilości kart SIM sprzedanych kilka dni później w Orzyszu. No i nie przewidział, że polska władza nie jest mentalnie przygotowana na takie wydarzenia.

Minister w obronie

Prawie 1,2 tys. km, które żołnierze 2. Regimentu Kawalerii musieli przejechać z niemieckiego Vilseck do polskiego Orzysza, nie zmarnowano. Kawalerzyści przećwiczyli poruszanie się w kolumnie w trudnych warunkach, bo do tej kategorii zaliczane są polskie drogie. A wojskowi piarowcy odnotowali kolejny show of force, czyli pokaz siły. I można by to wszystko uznać za wielki sukces, gdyby nie pokaz ignorancji, którym zakończyła się oficjalna część przedsięwzięcia.

13 kwietnia na uroczystym powitaniu wojsk sojuszniczych w Polsce żołnierze zastali przejmujący wiatr i deszcz. Nie zważając na to, polscy organizatorzy ustawili wojsko do apelu już o godzinie 9 rano, choć oficjalną uroczystość zaplanowano na godzinę 15. Okazało się, że nawet tego terminu nie udało się utrzymać, bo na trybunie ciągle brakowało ministra Antoniego Macierewicza, który zajmował się kluczową dla obronności sprawą Bartłomieja Misiewicza. Minister tak zaangażował się w obronę swojego protegowanego przed partyjną komisją, że nawet nie zauważył jak czas szybko leci.

Po zaledwie godzinnej obsuwie uroczystość rozpoczęła się, jak gdyby nigdy nic. I dopiero piąty w kolejności do przemówień czterogwiazdkowy generał Curtis Scaparrotti przekuł balon oficjalnych banałów: „Z szacunku dla żołnierzy stojących przede mną nie użyję przemówienia, które mam. Skrócę je, żebyśmy mogli skończyć”. Nie jest to zapowiedź skończenia misji wojsk amerykańskich w Polsce. Ale nie wróży ona dobrze jej przyszłości. Stała rotacyjna obecność wojsk amerykańskich w Polsce w każdej chwili może zakończyć się stałą nieobecnością. Ciągle nie widać symptomów wskazujących na to, że Amerykanie chcą się tutaj urządzić. A polscy oficjele wyraźnie nie mają pomysłu, jak ich do tego zachęcić.

Polak trzeciego stopnia

Dużo więcej inicjatywy wykazano, żeby przekonać Amerykanów do wysłania swoich wojsk nad Wisłę. Pierwsze starania podejmowane były jeszcze przed wstąpieniem Polski do NATO, ale Rosjanie skutecznie storpedowali je Aktem Stanowiącym, podpisanym na szczycie w Paryżu w 1997 r. Jeden z punktów dokumentu zawierał klauzulę o nierozmieszczaniu baz wojskowych na terytorium nowych członków NATO. Sprawa wydawała się zamknięta na lata. Amerykanie dbali, żeby nie drażnić Rosji i nie tylko nie planowali budowy baz, ale też skromnie akcentowali swoją obecność w czasie międzynarodowych manewrów, które co jakiś czas próbowała organizować strona polska.

W 2005 r. niespodziewanie jedna baza niemal spadła nam z nieba. Administracja prezydenta Busha wobec zagrożenia ze strony Iranu postanowiła zbudować w Europie sieć instalacji przechwytujących pociski balistyczne. Polska natychmiast zgłosiła chęć zlokalizowania takiej bazy na swoim terytorium. Negocjacje się przeciągały, ale było światełko w tunelu.

W budowaniu dobrego klimatu w stosunkach polsko-amerykańskich posunięto się nawet do ponownego spolonizowania sekretarza obrony Chucka Hagela. Sekretarz obrony w jednym z wywiadów przyznał się do polskich korzeni. Niewiele umiał powiedzieć na temat swoich przodków, co postanowiła wykorzystać strona polska. Pod koniec stycznia 2014 r. Hagel odwiedził Polskę. Poza serią oficjalnych spotkań zaplanowano również jedno mniej oficjalne. Rządowa kolumna pognała do Kiszkowa, gdzie w 1882 r. prababka Hagela, Katarzyna z domu Budzyńska, wzięła ślub z Tomaszem Kąkolewskim. Z tego związku urodziła się jego babka. Co prawda rodziła się już w Nebrasce, ale to przecież szczegół. Hagel dostał od władz odpis aktu ślubu swoich przodków, a nawet odwiedził kościół (co prawda nie ten, w którym odbył się ślub, bo tamten spłonął lata wcześniej). Miejscowi powitali go chlebem i solą, a nawet była próba ucałowania go w rękę, co musiało zrobić na nim silne wrażenie. Sekretarz Hagel wracał do Ameryki zachwycony.

Orzeł wylądował i wystartował

Ale pierwszy rzut Amerykanów w Polsce tak naprawdę zawdzięczamy nie jemu, a Władimirowi Putinowi. – Amerykanie przez lata ograniczali swoją obecność w Europie. Po aneksji Krymu zrozumieli, że skupienie całej uwagi na Pacyfiku było błędem. Sekretarz Hagel był jednym z tych, którzy zadbali o zmianę doktryny – mówi Tomasz Siemoniak, który zawiózł Hagela do Kiszkowa.

Opór przed przekroczeniem linii Odry okazał się silniejszy u Niemców niż u&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]