POLITYKA

Niedziela, 24 września 2017

Polityka - nr 43 (2728) z dnia 2009-10-24; s. 48-50

Kultura

Zdzisław Pietrasik

Amnestia dla kanalii

W filmie Janusza Morgensterna „Mniejsze zło”, który wchodzi na ekrany naszych kin, głównym bohaterem jest peerelowski konformista wracający w finale na drogę cnoty. Trudno go polubić, ale to także bardzo polski życiorys.

W powieści Janusza Andermana „Cały czas”, na kanwie której powstał scenariusz, zakończenie było inne. Pisarz nie miał najmniejszego zamiaru oszczędzać bohatera, dlatego zamknął jego życiorys mocną kropką. I należy wątpić, czy czytelnik mógłby mieć pretensję do autora o takie potraktowanie stworzonej przez niego postaci. Powieściowy Kamil, student polonistyki, jest bowiem postacią wyjątkowo niesympatyczną. To konformista, wykorzystujący każdą okazję, by zbliżyć się do zamierzonego celu, którym jest kariera literacka. A właściwie splendor, jaki wiąże się z tą profesją. Jak starzy ludzie pamiętają, w latach 70. ubiegłego wieku – kiedy zaczyna się akcja – literaci, i w ogóle artyści różnej proweniencji, cieszyli się u nas wyjątkowym wprost poważaniem. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale tak było.

O tym, jak bujnie kwitło wówczas życie literackie, można sobie poczytać w książkach wspomnieniowych, ale też w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. Do tej samej stołówki literatów przy Krakowskim Przedmieściu zaglądali najwięksi pisarze tamtych czasów, niezmiennie dobrze zapowiadający się nieudacznicy korzystający z ministerialnych stypendiów, ale też zwyczajni donosiciele. Ci ostatni mieli znacznie więcej roboty w drugiej połowie dekady, kiedy zaczęła się tworzyć opozycja, a wkrótce też drugi obieg wydawniczy. W takich realiach Anderman umieszcza swego Kamila, który stosuje w życiu strategię pasożyta. Wykorzystuje cynicznie kobiety, okłamuje najbliższych, kradnie powieść, którą wyda pod swoim nazwiskiem, i nie ma w związku z tym żadnych skrupułów. Kiedy jednak sytuacja polityczna się zmienia, podpisuje protest przeciw cenzurze i tym samym staje się opozycjonistą. Bez żadnych heroicznych gestów. Po prostu nie mógł nie podpisać, kiedy inni liczący się w środowisku podpisywali.

W filmie bardziej niż w książce wyeksponowana została postać ojca głównego bohatera (w tej roli Janusz Gajos), który również jest oportunistą pierwszej klasy, a więc niedaleko padło jabłko od jabłoni. Trzyma mocno z systemem, ale kiedy robotnicy wypowiadają władzy posłuszeństwo, w zakładzie pracy, w którym jest ważnym dyrektorem, zakłada osobiście Solidarność i wiesza na ścianie portret papieża Polaka. Kiedy umrze, wspominający go kombatanci Powstania Warszawskiego potwierdzą, że był dzielnym żołnierzem AK. Były w PRL również takie biografie.

Wybór czy przypadek?

Co wy możecie wiedzieć o tamtych czasach? – powtarza Zbigniew Zapasiewicz, grający swą ostatnią rolę w najnowszym filmie Krzysztofa Zanussiego „Rewizyta”, w którym młody człowiek przeprowadza wywiady z bohaterami dawnych filmów reżysera. Zapasiewicz odtwarza, oczywiście po latach, Docenta z pamiętnych „Barw ochronnych”, w których prowadził zawiły dyskurs z asystentem idealistą, przekonując go, iż rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, niż to się może wydawać zbuntowanym studentom. Dzisiaj nadal czuje się doskonale w roli kusiciela, podrzucając młodziankowi taki oto dylemat: a może w tamtych latach nie trzeba było wielkiej odwagi, żeby nie należeć do partii, a może trzeba było mieć odwagę, żeby do partii wstąpić? Tak czy inaczej, wywiadowca wychodzi z tego starcia z potężnym zamętem w głowie.

„Barwy ochronne”, zaliczane do czołowych osiągnięć kina moralnego niepokoju, które objawiło się w końcówce lat 70., nieco różniły się od typowych filmów tego nurtu. W większości tytułów racje były bowiem oddzielone grubą kreską – uczciwy inteligent zderzał się z bezdusznością realnego socjalizmu i samotnie wypowiadał walkę złu. Przegrywał, ale odnosił moralne zwycięstwo. W wymiarze aksjologicznym wszystko musiało być jasne i jednoznaczne, jak w wierszu Norwida, „tak tak, nie nie, bez światłocienia”. Tymczasem Zanussi, piętnując hipokryzję systemu, pokazywał jednocześnie inne zagrożenie – mianowicie, że buntem też można manipulować.

Z wizerunkiem bohatera jednoznacznie pozytywnego zerwał Krzysztof Kieślowski, pokazując w „Przypadku”, że na wybory mogą wpływać zdarzenia losowe. Nie tylko my wybieramy drogi, ale też drogi wybierają nas. Bohater filmu, grany przez Bogusława Lindę, biegnie spóźniony na pociąg ruszający z dworca Łódź Fabryczna. W przedziale spotyka znajomego, ustosunkowanego funkcjonariusza partyjnego, który powodowany jak najlepszymi intencjami proponuje mu pracę w organizacji młodzieżowej, otwierającej drogę do późniejszych karier. W drugiej wersji młodzieniec biegnący do pociągu wdaje się w bójkę z pracownikiem kolei, następnie skazany zostaje na miesiąc robót publicznych, w czasie odbywania kary spotyka się z opozycjonistą, przystępuje do akcji konspiracyjnej. Wreszcie trzecia możliwość – biegnący nie zdąży na pociąg, wszystko potoczy się w jego życiu inaczej, wybierze pracę naukową i życie rodzinne, niespecjalnie przejmując się tym, co się dzieje w kraju.

„Przypadek” to naprawdę szczególny przypadek w dziejach polskiego kina. Cenzura skierowała natychmiast film na półkę, a ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]