POLITYKA

Tuesday, 16 marca 2010

Polityka - nr 51 (2535) z dnia 2005-12-24; s. 153

Pilch

Jerzy Pilch

Aniołek bez polotu

Od siódmego, a może od ósmego roku serdecznie nie cierpię świąt Bożego Narodzenia i wreszcie, po bez mała półwieczu, postanowiłem to zmienić. Postanowiłem przyjąć dobro, zaakceptować rytuał i wyznać traumy. Postanowiłem do serca dać dostęp radości. Postanowiłem wszystkim dobrze życzyć, wszystkim wybaczyć i wszystkich prosić o wybaczenie. A też podzielić się doświadczeniem nawróconego na wigilijną euforię odludka i sceptyka i tym, co dalej tkwią w niechęci, udzielić paru podstawowych rad: jak mianowicie przeżyć święta i nikogo z rodziny przy tej okazji nie zabić.

Nie jest to zadanie łatwe, ponieważ urazy bywają głębokie, a niechęci twarde. Mój uraz jest głęboki jak morze i twardy jak kamień. Od siódmego, a może od ósmego roku życia, od mianowicie czasu, kiedy aniołek przyniósł mi w prezencie i położył pod choinką finezyjnie zapakowaną szynkę konserwową, serdecznie nie cierpię świąt Bożego Narodzenia. (Nie jest to – ma się rozumieć – jedyny powód i jedyna trauma, dziś jednak tylko o tej jednej opowiadam). Szynka była tak zapakowana, że byłem pewien: w tym pudełku, pod tym zdobnym w gwiazdki papierem, pod tą karminowo-złotą wstążką z pewnością jest autko na baterie.

Przez następne dziesięciolecia życie nie szczędziło mi zawodów, rozczarowań, upokorzeń i przykrych niespodzianek. Przez następne dziesięciolecia w tysiącach sytuacji głupie miewałem miny, ale tak głupiej miny, jaką miałem, wydobywszy z pachnącej jedliną paczki – zamiast autka na baterie – owalną puszkę z napisem Polish Ham – nie miałem w życiu nigdy.

Grozę sytuacji potęgował fakt, że wszyscy przy stole mi tej puszki zazdrościli, wszyscy się na tę puszkę łakomie gapili i wszyscy mi wmawiali, że dostałem coś niebywałego, coś wyjątkowego, coś zupełnie nieosiągalnego.

Aniołka, który mi tę szynkę położył pod choinką, miałem za debila i nienawidziłem głęboko, a wszyscy mi wmawiali, że był to najmądrzejszy i najszczodrzejszy ze wszystkich aniołków, i że przyniósł mi najwspanialszy prezent w świecie. Prezent w dodatku podwójny, a nawet potrójny, bo teraz mogę się jeszcze przez cały wieczór temu cudowi przyglądać, a rano Polish Ham zostanie otworzona i zjemy ją na bożonarodzeniowe śniadanie z pysznym sosem tatarskim. Natomiast pięknej, kolorowej puszki wcale się, rzecz jasna, nie wyrzuci, tylko starannie umyje i przysposobi i będę miał wspaniały pojemnik na śrubki, choć równie dobrze może to być świetne naczynie na mleko dla kota Głupieloka. Trauma szła jak lawina: nienawidziłem już aniołka, nienawidziłem już Wigilii, teraz przychodziła nienawiść do świątecznego śniadania. Na domiar okazywało się, że nie tylko ze mnie, ale i z mojego kota próbowano zrobić wała.

Dziś, oczywiście, wiem: wszystkiemu winni komuniści i spowodowane ich władzą braki w zaopatrzeniu – specjalnie na odcinku: wędliny delikatesowe. Dziś, oczywiście, wiem: aniołek nie był debilem, aniołek wiedział, w jakim świecie przyszło mi żyć, i dał mi pod choinkę rzecz najbardziej w tym świecie pożądaną. Aniołek wszakże, choć nie był debilem, był jednak trochę bez polotu: zdawał się nie rozumieć, że władza komunistów nie obejmuje świata siedmiolatka. W tym sensie lecący przez mroźne przestworza z konserwową szynką pod pachą anioł mojego dzieciństwa był ofiarą komunistów – ja nie. On już był zniewolony – ja jeszcze nie. Dopiero on, dając mi w prezencie ten arcyluksusowy i niedostępny w komunizmie produkt, i ze mnie czynił ofiarę komunizmu. Ofiarę finezyjną i paradoksalną, ale ofiarę.

Za sprawą tedy komunistów powstała moja dziesięcioleciami idąca niechęć do świąt i dziś, kiedy tę niechęć z serca wyrzucam, wybaczam też wszystkim – powiedzmy ogólnie – bolszewikom wszystkich wyznań, co mnie deprawowali, zniekształcali i za sprawą których często gęsto głupie miny miewałem. I wy, bracia i siostry moje, uczyńcie to samo: wyrzućcie wszelką niechęć z serc waszych. Przypomnijcie sobie wszystkie groteskowe, a nawet haniebne prezenty, jakie pozbawione polotu aniołki wam pod choinką zostawiały, i wybaczcie wszystkim pozbawionym polotu aniołkom. One chciały dobrze, a że ktoś im we łbach pomieszał – trudno.

I w te święta też was podobne horrory czekają. Drżącymi z emocji rękami rozpakowywać będziecie zostawione pod choinką przez aniołka paczki, a tam zamiast autek na baterie będą – dajmy na to – bilety na jakąś nowoczesną operę albo będzie tam wiertarka najnowszej generacji, albo będzie tam tom wyrafinowanych esejów Michała Pawła Markowskiego – nie płaczcie. Nie płaczcie, ujrzawszy, co wam dano, niechaj twarzy waszych pełne ohydy grymasy nie powlekają. Nie zrażajcie się do świąt. Nie zrażajcie się do nich na lata i zwłaszcza nie zrażajcie się do nich – tak jak ja – na dziesięciolecia. Bo jeszcze święta jedne, drugie, najwyżej dziesiąte, a wszystkie coraz krótsze, aż przyjdą najkrótsze, nieskończenie – jak to Iwaszkiewicz mówił – krótkie jak wieczność. Niedługo wprawdzie Wielkanoc, ale zmartwychwstanie nie wszystkich obejmuje.

Z pogodą ducha przyjmijcie najgorsze prezenty świata, ze znienawidzoną bratową przełamcie się opłatkiem, z życzliwością (może, a pewnie nawet musi to być życzliwość skonstruowana) posłuchajcie ględzeń wuja, z niezrównoważoną umysłowo szwagierką pogapcie się na seriale. Wybaczcie antysemitom, homofobom i liberałom, jak ich macie w rodzinie, a też antykomunistom, antyklerykałom i antypisiorom. Wybaczcie papistom i antypapistom. Wybaczcie tym, co tracą władzę, i wybaczcie tym, co obejmują władzę. I okażcie łaskę tym, co innych ułaskawiać pragną – łaska jest dobra. Wybaczcie ubekom i o ubectwo posądzonym. Wybaczcie lustratorom i wybaczcie antylustratorom. Wybaczcie nawet tej babilońskiej wszetecznicy z Unii Europejskiej, co do cna zdeprawowana nie pojęła, że nasz strzegący rodziny poseł pragnie mieć z nią dziecko. Jej teraz także – dziecię się narodziło.

Jak donośnie wołał z kazalnicy pewien ksiądz z moich stron: Dziecię się wam narodziło! I wam gazdowie – dziecię się narodziło! I wam gospodynie – dziecię się narodziło! I wam kawalerowie – dziecię się narodziło! I wam panny – dziecię się narodziło! I wam pachołkowie – dziecię się narodziło! I wam nierządnice – dziecię się narodziło! Tak jest, takich ja kazań w dzieciństwie słuchałem, i nie tylko słowa, ale i spojrzenia księdza pastora pamiętam – on za każdym razem w kierunku wymienionych w przesłaniu odbiorców spoglądał i nawet palcem ich wskazywał, a wszystkie wymienione grupy społeczne – tak jest – były na swoich miejscach w kościele.

Dziecię się wam narodziło! Śpiewajcie kolędy! Z całych sił i z całego serca! Co z tego, że teść fałszuje? Śpiewajcie i nie wstawajcie zza stołu i nie podnoście się z fotela. Bierzcie święta na klatę i obżerajcie się, ile wlezie. A jak pod koniec, po podwójnym bigosie i po jeszcze ciepłym, potrójnym serniku, zupełne zezwierzęcenie, a nawet błogie zbydlęcenie was ogarnie, nie miejcie wyrzutów sumienia, a pławcie się w świątecznym zbydlęceniu. Bądźcie bydlętami. Święta bowiem, jak mówi kolęda, to jest taki czas, w którym nawet „bydlęta klękają”.

Jerzy Pilch