POLITYKA

Niedziela, 23 lipca 2017

Polityka - nr 28 (3118) z dnia 2017-07-12; s. 18-20

Polityka

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Antypis bezobjawowy

Wielu przeciwników obecnej władzy deklaruje, że nie zamierza głosować na istniejącą opozycję, bo jest beznadziejna. Celują w tym tak zwani symetryści, ale ta moda się rozszerza. Żądają: dajcie nam nowego Macrona, porwijcie nas czymś, a jeśli nie, to niech dalej rządzi PiS.

W jednym z programów w TVN24 („Babilon”) socjolożka Karolina Wigura, redaktorka „Kultury Liberalnej”, stwierdziła, że bardziej od obecnych rządów PiS obawia się tego, co by się stało, gdyby to Platforma przejęła władzę w 2019 r. i skorzystała z tych ustrojowych narzędzi, jakie PiS po sobie pozostawi. Znaczyłoby to, że Wigura uważa, iż PiS jeszcze w miarę łagodnie korzysta ze swoich uprawnień, które sam sobie politycznie załatwił, i dopiero PO dałaby popalić. Nie przekonuje jej zapewne argument w postaci pytania: dlaczego to właśnie ta ekipa nadała sobie te prerogatywy, a nie przyszły one do głowy Platformie przez osiem lat rządzenia?

Stan umysłu części opozycji, nazwijmy – teoretycznej, bezobjawowej, niepraktykującej? – jest trudny do ogarnięcia. Logiczne argumenty nie działają. Bo na logikę, jeśli ktoś uważa, że przede wszystkim należy odsunąć PiS od władzy (z powodu łamania konstytucji i standardów demokracji), to przywrócenie na początek, przynajmniej w najgorszym razie, stanu poprzedniego, sprzed PiS (czyli głosowanie na istniejącą opozycję), z nadzieją na pójście dalej jest naturalnym wynikiem.

Jeśli ktoś neguje takie rozumowanie, to znaczy, że za fałszywe uważa założenie. Zatem musi być nieprawdą, że „przede wszystkim należy odsunąć PiS od władzy”. Tyle że wtedy rozpoczyna się zupełnie inna opowieść. Jeśli PiS jest jednak w jakiejś mierze w porządku, załatwia ludzkie sprawy, ma sporo racji mimo „wątpliwych środków”, jakie stosuje, to wypadałoby to szczerze stwierdzić, a nie udawać standardowe zatroskanie stanem kraju.

Po ostatnim kongresie PiS przedstawiciele grupy nazywanej przez nas symetrystami pisali, że PiS „znokautował” Platformę, że oczywiście wiedzą, jakie zło niesie partia Kaczyńskiego, ale Platforma „nie ma nic do zaproponowania poza zwalczaniem PiS”. To jest klasyczne wyznanie wiary symetrystów: może i dobrze by było odebrać władzę PiS, ale nie zagłosujemy na tych, którzy proponują „tylko zwalczanie PiS”, bo to jest zbyt prymitywne. Widać też u nich specyficzne zauroczenie rozmachem wizji prezesa, jego władzą i możliwościami, których lewica nigdy mieć nie będzie. Jakby rozum wciąż jeszcze podpowiadał sceptycyzm, ale serce już by się rwało. Wróciło też stare hasło z kampanii w 2015 r.: „Nie straszcie PiS-em, to nie działa”. Wtedy można to było tłumaczyć amnezją albo nadziejami, że PiS się zmienił. Jeśli jednak ta fraza pojawia się po dwóch latach nowych praktyk ugrupowania Kaczyńskiego, to znaczy jedno: PiS nie jest taki zły, a ci, którzy bronili na mrozie Trybunału Konstytucyjnego, to może rzeczywiście oderwani od koryta.

Symetryści to ta część nominalnej opozycji, która programowo nie zgadza się na duopol PiS i Platformy, podział na dwa plemiona, wojnę polsko-polską itp. Stwierdzają, że w tym konflikcie zanika wiele najważniejszych spraw państwa, społeczeństwa, ekonomii i cywilizacji. Taki konflikt odrzucają z powodu jego niskiej jakości. Wydaje im się, że w ten sposób przekraczają współczesny, mało ambitny spór polityczny, idą odważnie dalej, wyznaczają nowe trendy, czują się nowocześni.

Ale w tym całym swoim progresywizmie paradoksalnie stają się anachroniczni, kompletnie nie rozumieją dzisiejszych czasów, kryteriów politycznej skuteczności oraz tego, co się stało z polskim społeczeństwem w ostatnich kilku latach. Próbują stosować do polskich warunków polityczną geografię Francji czy Niemiec, w sytuacji kiedy PiS, lepiej rozumiejąc lokalną specyfikę, niesamowicie skutecznie zmienia mentalność milionów ludzi, cofa Polskę w kierunku buforowej Europy Środkowej (którą kamufluje pod hasłem Międzymorza), uruchamia endeckie imaginarium i socjalnymi prezentami znieczula demontaż liberalnej demokracji.

Opozycja teoretyczna, chcąc przeskoczyć istniejący podział, nieustannie oddala się od zrozumienia jego istoty: że toczy się walka, której wynik może zdecydować o kształcie państwa na bardzo długie lata. Trwa właśnie wielka ofensywa. Kaczyński nie mógł tego jaśniej wyłożyć w swojej mowie w Przysusze: oto tworzy się państwowopolityczna wspólnota, definiowana i w pełni kontrolowana przez PiS. Tylko działania, treści, idee, postawy akceptowane przez władzę mogą liczyć na wsparcie państwa, także finansowe. Kto przystąpi do pisowskiej wspólnoty, może na to liczyć; kto nie przystąpi, może się realizować „prywatnie”, jak to sugeruje prezes – pozostają mu prywatne media (przynajmniej do czasu planowanej przez PiS „dekoncentracji”), prywatne teatry, finansowane z własnej kieszeni organizacje pozarządowe itp. Innymi – niż zadekretuje władza – ujęciami patriotyzmu, narodu, demokracji, kultury, polityki historycznej, polskich interesów w Europie można zajmować się indywidualnie, na własny koszt i odpowiedzialność. Ta „wspólnotowość” jest dodatkowo wzmocniona pompatyczną retoryką; Jacek Karnowski we wPolityce.pl napisał wyraźnie wzruszony: „Sama odzyskana moc nie jest oczywiście gwarancją sukcesu. Ale jest szansą wręcz dziejową. Szansą, której nie mieliśmy od niemal 300 lat, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]