POLITYKA

Wtorek, 26 września 2017

Polityka - nr 34 (3124) z dnia 2017-08-23; s. 18-20

Polityka

Juliusz Ćwieluch

Atomówka ministra

Rozmowa z Mirosławem Różańskim, generałem broni, byłym dowódcą generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych, o tym, jaka gra toczy się między ministrem Antonim Macierewiczem a prezydentem Andrzejem Dudą

Juliusz Ćwieluch: – Odchodząc z wojska, powiedział pan w Pałacu Prezydenckim „czytajcie konstytucję”, czyżby pan prezydent posłuchał i przeczytał?
Mirosław Różański: – Myślę, że pan prezydent jako prawnik z doktoratem nie tylko przeczytał konstytucję, ale znał ją szczegółowo. Nie przypisywałbym sobie żadnego sukcesu w skłonieniu prezydenta do lektury konstytucji.

Przez pierwsze półtora roku jego urzędowania nie było tego widać.
Prezydent rzeczywiście dosyć długo zwlekał z mocnym zabraniem głosu w sprawach, za które bierze odpowiedzialność jako zwierzchnik sił zbrojnych. Przyznaję, że sam rozmawiałem z panem prezydentem o wielkiej roli, jaką ma do odegrania, i oczekiwaniu ze strony wojska, że aktywniej włączy się w przemiany, którym poddawana jest armia. Nie wszystkie zmiany odbywały się z korzyścią dla bezpieczeństwa kraju.

Mówi pan jak dyplomata, a nie wojskowy.
W mówieniu ostrym językiem jest obecnie wielka konkurencja. Sytuacja jest poważna i wymaga dialogu, a nie gaszenia za pomocą benzyny. Wojsko jest jedyną instytucją w państwie, która ma dwóch zwierzchników. Artykuł 134 Konstytucji RP mówi, że „najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych jest prezydent. W czasie pokoju zwierzchnictwo nad Siłami Zbrojnymi sprawuje za pośrednictwem ministra obrony narodowej”. Jeśli ktoś nie znał konstytucji, to raczej minister, któremu wydawało się, że wojsko stało się jego lennem. Co bardziej dyplomatycznym językiem powiedział pan prezydent w czasie przemówienia z okazji 15 sierpnia.

A mniej dyplomatycznie wyraził, odmawiając przyznania nominacji generalskich w tym dniu.
Nominacje generalskie to tylko jedna z prerogatyw prezydenta. Na tyle medialna, że przykuwa zainteresowanie opinii publicznej. Brak nominacji został więc od razu zauważony. Oczywiście odbywa się to ze szkodą dla wojska, bo po prostu komplikuje jego funkcjonowanie. Od dawna przekonywałem, że nominacje powinny być całkowicie oddzielone od świąt i uroczystości, a powinny wiązać się z pragmatyką kadrową. Kiedy zostajesz wyznaczony na stanowisko, na którym jest etat generalski, niejako z automatu dostajesz ten stopień. Tym bardziej że może nie wszyscy wiedzą, ale pułkownik na stanowisku generalskim zarabia jakby tym generałem już był. Tak naprawdę nominacja jest sprawą czysto formalną.

I prestiżową.
W sytuacji, w której oficer czeka trzy, cztery lata na mianowanie, rzeczywiście może rodzić się poczucie frustracji. Albo, co gorsza, chęć przypodobania się przełożonym, żeby wreszcie zostać zauważonym. To nie są zdrowe mechanizmy.

Relacja pomiędzy ministrem a prezydentem również nie wygląda na zdrową.
Te dwa ośrodki kontroli nad wojskiem dostarczały nam już podobnych emocji. Pamiętam tzw. szorstką przyjaźń pomiędzy premierem Millerem a prezydentem Kwaśniewskim.

Prezydent Kwaśniewski podpisał na odchodnym 55 nominacji generalskich.
A później PiS, które przejęło władzę, usuwało tych ludzi ze służby. Pamiętam również napiętą relację pomiędzy szefem BBN świętej pamięci ministrem Aleksandrem Szczygło a ministrem Bogdanem Klichem. Wtedy osią sporu była kwestia wydania przez prezydenta „Głównych kierunków rozwoju Sił Zbrojnych”. Minister Klich bez tego dokumentu nie mógł wprowadzić programu modernizacji na lata 2009–18. Wówczas emocje również sięgały zenitu.

Na koniec się dogadali, a nawet robili sobie usługi – ty zgłosisz mojego kandydata na generała, a ja podpiszę twojego. Dziś prezydent, choć jest z tego samego obozu politycznego, zdecydował się na najbardziej radykalny krok i po prostu nie podpisał nominacji.
Trzymajmy się proporcji. Brak nominacji musi być przykry dla osób, które miały być na tej liście. Dla armii nie oznacza to końca świata. Z pewnością będzie utrudnieniem dla szefa Sztabu Generalnego, który nadal ma trzy gwiazdki, co w czasie zagranicznych wizyt musi wzbudzać zdumienie gospodarzy. Dużo większe zdziwienie budzi pewnie relacja ministra z prezydentem, która z pewnością nie uchodzi uwadze naszych zachodnich sojuszników. Konflikt ten obserwują również nasi wschodni sąsiedzi. Niepotrzebnie dostarczamy im satysfakcjonującej pożywki.

Pan sam przez jakiś czas był jednym z bohaterów tego konfliktu. Czy to prawda, że Bartłomiej Misiewicz dzwonił do Biura Bezpieczeństwa Narodowego, żeby nie dopuścić do pana spotkania z prezydentem?
Nie wiem, skąd ma pan takie informacje. Pan Misiewicz miał duże poczucie władztwa i podejmował różne działania, ale na szczęście dla sił zbrojnych nie jest już szefem gabinetu politycznego ministra. Przynajmniej oficjalnie. Miałem okazję spotykać się z panem prezydentem. Jeszcze będąc w linii, doprowadziłem do odprawy w Dowództwie Generalnym, podczas której prezydent dowiedział się, jakie problemy dotykają sił zbrojnych i jakie są moje propozycje dotyczące przyszłości wojska. Pan prezydent miał również okazję wysłuchać, co inni wojskowi myślą o sytuacji w ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]