POLITYKA

Czwartek, 24 sierpnia 2017

Polityka - nr 28 (2713) z dnia 2009-07-11; Polityka. Niezbędnik Inteligenta. Wydanie 18 ; s. 23-26

Ludzie. Teologia po Holokauście

Adam Szostkiewicz

Auschwitz. Grób Boga

Jak chrześcijanie i żydzi mogą odpowiadać na najtrudniejsze pytanie: Gdzie był Bóg, kiedy mordowano niewinnych ludzi?

Czy można pisać wiersze po tym, co ludzie ludziom urządzili w obozie Auschwitz? Szok, jakim były zbrodnie II wojny światowej, postawił wielki znak zapytania nad sztuką i humanistyką, nad etyką i podstawami kultury europejskiej. Jak po tych budzących zgrozę wydarzeniach można dalej prawić frazesy o wielkości człowieka, o dobru wspólnym i postępie? O tych wątpliwościach wiemy wiele, kultura europejska pracowała nad nimi przez długie powojenne lata.

Ale jest też inny problem, o którym mówi się rzadziej – problem religii po Auschwitz. Jak można po doświadczeniu zdziczenia, masowych zbrodni i wymordowaniu 6 mln ludzi tylko dlatego, że urodzili się Żydami, uprawiać teologię?

Do podstaw kultury należy religia. W Europie przede wszystkim chrześcijaństwo, ale też judaizm. Chrześcijaństwo wyrosło z judaizmu. Między obu religiami ukształtowała się przez wieki relacja miłości i nienawiści. Lecz to, co stało się zaledwie trochę ponad pół wieku temu, kiedy nominalni chrześcijanie wymordowali jedną trzecią wszystkich Żydów, jest jakimś apogeum w dziejach obu tych religii.

Na co dzień o tych sprawach nie rozmyślamy, żyjąc w złudnym poczuciu, że świat jakoś wrócił na normalne tory i toczy się dalej. Chrześcijanie pozostają chrześcijanami, żydzi żydami. Dopiero sensacyjne doniesienia w mediach przypominają, że to nie takie proste; że świat po wojnie i Holocauście już nigdy nie będzie taki sam jak przed nimi. Niedawno takimi przypomnieniami były spory wokół beatyfikacji Piusa XII i wokół powrotu do grona pełnoprawnych biskupów rzymskokatolickich biskupa lefebrysty Richarda Williamsona.

Biskup okazał się tzw. negacjonistą, to znaczy odrzucał prawdę historyczną na temat zagłady Żydów. Twierdził, że nie ginęli oni w komorach gazowych, bo tych komór nie było, a liczba Żydów wymordowanych podczas wojny nie wyniosła 6 mln, tylko kilkaset tysięcy, a może nawet mniej. Jak to możliwe, by Europejczyk wychowany w kulturze chrześcijańskiej i wyświęcony na duchownego głosił kłamstwo? A aktywnie je głoszą także inni mieszkańcy naszego kontynentu. To tak, jakby świadomie po raz drugi zadawać cierpienie Żydom, ich bliskim, wszystkim ludziom. I tak jakby po raz drugi wyrzucać ich z naszej wspólnej pamięci. A bez żywej pamięci nie uda się pojednanie. Bo przecież historia Żydów europejskich jest częścią historii Europy, ich tragedia jest naszą tragedią.

Negowanie zagłady Żydów oznacza odmowę udziału w tej wspólnocie naszego europejskiego losu, odmowę przyjęcia części odpowiedzialności za to, co się z Żydami zdarzyło w naszej europejskiej kulturze, odmowę podjęcia refleksji, jak do tego mogło dojść w świecie przez wieki formowanym przez Kościoły i doktryny chrześcijańskie. Negowanie Szoah (hebrajska nazwa Holocaustu) jest umyciem rąk, pomyloną próbą odbarczenia chrześcijańskiej Europy z ciężaru współodpowiedzialności. Bo mordowali Niemcy, gorliwi naziści i zwykli niemieccy katolicy i protestanci, a także ich wspólnicy w innych krajach, dokąd sięgnęły rządy III Rzeszy, ale grunt przygotowywały wieki wrogości do Żydów jako obcych, innych, morderców Pana Jezusa i niechęci do judaizmu szerzonej przez Kościoły chrześcijańskie.

Dlatego Holocaust jest tak wielkim wyzwaniem nie tylko dla Żydów, ale i dla autentycznych chrześcijan. I dlatego część chrześcijan wciąż, mimo że dziś wiemy już o genezie, przebiegu i mechanizmach Holocaustu bardzo wiele, woli tego wyzwania unikać pod różnymi wymówkami, a nawet iść w zaparte, czyli właśnie ulegać antysemickiej propagandzie negacjonistów. O ileż to łatwiejsze niż spojrzenie tragedii Szoah prosto w oczy; lub odbudowywanie pamięci, może zwłaszcza w Polsce, na której ziemiach dokonała się Zagłada.

Stanisław Obirek dobrze uchwycił problem w „Obrzeżach katolicyzmu” (Poznań 2008), gdzie pisze na własnym przykładzie o Polakach katolikach urodzonych i wychowanych w Polsce Ludowej: „W tej pamięci nie było miejsca na pamięć o Holocauście czy o Żydach, mimo że pochodzę z typowo wieloetnicznej miejscowości, w której Żydzi stanowili do II wojny światowej ponad 50 proc. mieszkańców. Ale o tym dowiedziałem się znacznie później. Ta pamięć widocznie nie była ani mnie, ani mojej rodzinie, ani moim wychowawcom potrzebna”. Potem oczywiście to się zaczęło zmieniać, między innymi dzięki dyskusjom wokół eseju Jana Błońskiego „Biedni Polacy patrzą na getto”, książek Jana T. Grossa i dzięki rzetelnym historykom mogącym wreszcie pisać całą prawdę. Lecz dziś można czasem odnieść wrażenie, że wkrada się w nas pewne znużenie tematem, a przez to znów grozi nam powrót obojętności, znieczulenie sumienia.

Nie wszyscy na szczęście chrześcijanie patrzyli biernie na idących na niczym niezawinioną śmierć swych żydowskich współobywateli i&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]