POLITYKA

Sobota, 24 czerwca 2017

Polityka - nr 40 (2725) z dnia 2009-10-03; s. 62-63

Kultura

Piotr Sarzyński

Autostradą do opery

Rozmowa z Pawłem Potoroczynem, dyrektorem Instytutu Adama Mickiewicza

Piotr Sarzyński: – Kierowany przez pana Instytut co roku w innym kraju organizuje wielkie całoroczne festiwale polskiej kultury. A nie lepiej byłoby elastycznie: do Francji teatr, bo to lubią, do Niemiec – wystawę, bo się najlepiej sprzeda, do Anglii muzykę – bo cenią.

Paweł Potoroczyn: – Ja sam byłem sceptyczny wobec modelu sezonowego, dopóki nie zobaczyłem w Izraelu, co ta formuła, jeśli jest dobrze przygotowana, potrafi zdziałać. Poza tym Sezony to wprawdzie najbardziej widoczna, ale niecała nasza praca. W wymiarze finansowym mniej więcej połowę przeznaczamy na Sezony, a drugą połowę kierujemy na projekty rozproszone po różnych krajach. Tutaj też nie ma jednego, standardowego protokołu. Raz lepiej zorganizować jedną wielką, spektakularną prezentację w słynnym muzeum, sali koncertowej czy teatralnej. Kiedy indziej zaś te same pieniądze przeznaczyć na pięć skromniejszych. I za każdym razem potrzebny jest kalkulator, kartka papieru, ołówek, analiza, relacja nakładów do spodziewanych korzyści, procentowy stosunek środków publicznych do budżetu całego projektu, koszty dotarcia do jednego odbiorcy itd. To nie są kaprysy albo nasze osobiste preferencje, to są starannie przemyślane i dobrze przygotowane decyzje.

Niemcy, Brytyjczycy, Francuzi, Włosi, Hiszpanie też mają podobne instytuty, a jakoś nie słyszałem, by organizowali sezony własnej kultury za granicą.

Tamte instytucje istnieją po kilkadziesiąt lat, mają ogromne budżety, doświadczenie. Reprezentują kraje o wypracowanej strategii marki narodowej. Tymczasem nasza profesjonalna dyplomacja kulturalna, istniejąca głównie dzięki MSZ, liczy sobie jakieś 10 lat, a jednej spójnej strategii marki w skali państwa nie mamy nadal. Zanim więc wejdziemy w światowy obieg dóbr kultury, musimy głośno krzyknąć tu i tam: Halo! Puk, puk! Jesteśmy! Póki co, musimy produkować Sezony, by w przyszłości chętniej otwierano przed nami różne drzwi, jak przed tymi, o których już coś wiadomo.

Będę się nadal czepiał: większość z tamtych instytutów koncentruje się na nauce języka, a nie na organizowaniu koncertów i wystaw. Może my też tak powinniśmy: przez język do kultury.

A pan zaczął słuchać Beatlesów, bo znał pan angielski, czy też Beatlesi zachęcili pana do nauki angielskiego? Nie sądzę, by nauczanie języka mogło być skutecznym narzędziem dyplomacji kulturalnej. Zresztą Instytuty Polskie za granicą prowadziły takie kursy, na ogół bez wielkich sukcesów. Podmioty komercyjne lub akademickie robią to skuteczniej i taniej. Polski nie jest jednym z wielkich języków świata. Próbujmy więc opowiadać Polskę w językach, które nasi odbiorcy już znają.

Ale właściwie po co? Żeby nas lubili? Podziwiali? Rozumieli?

Ja bym chciał jeszcze na tym zarabiać. Dam przykład. Na zakończenie swojej prezydencji w UE Niemcy zorganizowali wielką konferencję „Spójna polityka wobec przemysłów kultury” (Berlin, 2005 r.). Z całej Europy, z wyjątkiem Polski, zjechali ministrowie kultury oraz, co wielu zdumiało, ministrowie gospodarki oraz szefowie wielkich banków. Dlaczego? A dlatego, że przemysły kultury generują w strefie euro 7 proc. PKB. Więcej niż przemysł chemiczny i dwa razy więcej niż hojnie subsydiowane rolnictwo.

Ponadto, powtarzam każdemu, że spośród 10 głównych parametrów decyzji o lokalizacji bezpośrednich inwestycji zagranicznych atrakcyjność kulturalna kraju jest najczęściej na piątym miejscu – tuż po rozmiarach rynku wewnętrznego i dostępie do rynków trzecich, rozmiarze i kwalifikacjach siły roboczej, infrastrukturze oraz stabilności politycznej i podatkowej. Pewien amerykański przedsiębiorca tłumaczył mi to tak: jeśli coś w Polsce kupię, zbuduję, sprywatyzuję, to może polecę przeciąć wstęgę. Moi menedżerowie będą tam mieszkać trzy, cztery, pięć lat. Muszą mieć teatr, operę, filharmonię, balet, jazz, pole golfowe, dobre restauracje i dobrą szkołę z angielskim dla dziecka.

Technologie są coraz powszechniej dostępne, powoli wyrównują się w Europie koszty pracy i koszty utrzymania. Konkurencja w wyścigu do kapitału przenosi się ze sfery twardej do miękkiej, wizerunek kraju staje się przedmiotem konkurencji. Nie mamy w świecie jakiegoś konkretnego oblicza. Dlaczego nie uczynić nim kultury? To jest jedna z tych nielicznych rzeczy, które są pozytywnie kojarzone przez elity opiniotwórcze. Zróbmy z tego użytek. Rynek przemysłów kultury jest na naszych oczach bezwzględnie dzielony przez największych graczy. Zanim ten proces się zakończy, mamy najwyżej parę lat, żeby dowieść, że jesteśmy wiarygodnym dostawcą wysokiej jakości contentu dla europejskiego obiegu kulturalnego. A sami musimy zrozumieć, że kultura jest częścią gospodarki, tworzy miejsca pracy i pożądany wizerunek, a przy tym jest nieszkodliwa dla środowiska i podnosi narodowy IQ.

Wierzy pan, że jest to produkt wysokiej jakości, zdolny do rywalizacji z najlepszymi?

Oczywiście. Uważam, że Polska jest wręcz zagłębiem kreatywnym na europejską skalę. Proszę spojrzeć. Połowa lat 90. XX w. to erupcja naszego teatru. To wtedy pojawiły się ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Zapraszamy do zapoznania się z rozszerzoną wersją wywiadu na stronie: www.polityka.pl/kultura

A w niej m.in. o tym, czy i dlaczego polska kultura uwiodła Anglików, czy mamy szanse zawojować Azję, dlaczego promujemy polską sztukę w Anglii, Izraelu, Rosji, a nie np. we Włoszech, i kto za to wszystko płaci.