POLITYKA

środa, 18 października 2017

Polityka - nr 38 (3128) z dnia 2017-09-20; s. 34-36

Rynek

Łukasz Wójcik

Bank populizmu

Rząd zaprosił do Polski JP Morgan Chase, czyli Donalda Trumpa pośród banków.

Populizm to już dziś choroba nierozerwalnie związana z polityką. Nieco opacznie rozumiany, stał się wszystkim tym, co się nie mieści w liberalnym światopoglądzie. Populistami są więc ci, dla których świat jest biało-czarny i można go wytłumaczyć w 140 znakach. Populista obiecuje, że szybko i bezboleśnie spełni swoje nierealne obietnice. Ale jeśli tak szeroko definiować populizm, to znacznie wcześniej niż politykę zdominował on świat finansów: nie musisz się trudzić i oszczędzać, bez wysiłku dostaniesz kredyt na dom, nawet jeśli jesteś bezrobotny; nie ma już ryzyka, liczy się szybki zysk; nawet jeśli się wygłupisz, państwo cię uratuje, jesteś bezpieczny (słowo klucz); nie wstydź się swojej natury, chciwość jest dobra.

W tym sensie pionierem populizmu nie był wcale Donald Trump, choć z pewnością podpisałby się pod większością tych haseł. W latach 90. wyprzedziły go wielkie banki świata, a wśród nich największy, JP Morgan. Ten najbogatszy pod względem aktywów prywatny bank świata ma, według premiera Mateusza Morawieckiego, jeszcze we wrześniu ogłosić otwarcie w Warszawie jednej ze swoich czterech najważniejszych siedzib. Choć do połowy miesiąca bank nie chciał komentować sprawy, wiadomo nieoficjalnie, że chodzi jednak o skromniejszą inwestycję: dział wsparcia – tzw. backoffice – czyli zaplecze księgowe, techniczne i informatyczne, w którym zatrudnienie ma zdobyć nawet 2,5 tys. osób.

Jeśli na tym się skończy, polskie plany JP Morgan Chase (ostatni człon dodany w 2000 r. po połączeniu z innym bankiem) wpłyną jedynie na nasz rynek pracy. Ale jeśli bank zamierza również wejść na polski rynek finansowy, to może zrobić różnicę (wartość jego globalnych aktywów obliczana jest na 2,5 bln dol., czyli pięć razy więcej niż roczne PKB Polski). Szczególnie że – mimo całego kryzysu – wciąż jest mistrzem finansowego populizmu.

Bernard Madoff odsiedział już osiem lat ze swojego 150-letniego wyroku. Zważywszy, że w przyszłym roku skończy 80 lat, to marne pocieszenie. Ale zasłużył sobie. Był twórcą jednej z najbardziej spektakularnych katastrof w historii Wall Street. Jego fundusz przez pewien czas zarabiał krocie dla swoich klientów. Ostatecznie okazał się jednak piramidą finansową – starym klientom wypłacał zyski z kapitału nowych. Ocenia się, że ci, którzy mu zaufali, mogli stracić w sumie nawet 65 mld dol.

Jak można było przeoczyć taką piramidę? Otóż nie została przeoczona. Wielu doświadczonych inwestorów ostrzegało przed Madoffem. Banki Goldman Sachs i Credit Suisse nie chciały z nim współpracować, a Société Générale wręcz odradzało klientom inwestowanie u Madoffa. Ale wiedzę o przekręcie, który wywołał największy kryzys finansowy od lat 30. XX w., musiał mieć JP Morgan (JPM): Madoff nie tylko awaryjnie pożyczał z tego banku pieniądze, ale również miał w nim swoje konta. Potwierdził to później raport Antona Valukasa, byłego prokuratora z Chicago, który oskarżał JPM o współudział w przekręcie.

Mimo to JPM w trakcie kryzysu zyskał miano dobrego banku. Administracje Busha juniora, a później Obamy, uznały go za doskonałe narzędzie opanowania rynku finansowego, a jego szefa Jamiego Dimona za człowieka godnego zaufania w sprawach wagi państwowej. W ramach tej swojej „dobroci” – i przy wydatnym wsparciu pieniędzy publicznych – JPM przejął więc i uratował od bankructwa w krytycznym momencie dwa finansowe giganty, Bear Stearns i Washington Mutual. I tym samym – jak twierdzą niektórzy – zatrzymał kryzys.

Bardzo to przypomina rolę, jaką w 1907 r. władze federalne powierzyły założycielowi firmy Johnowi Pierpont Morganowi. Na nowojorskiej giełdzie wybuchła wówczas panika, w kilka dni zbankrutowało kilkanaście banków. Ameryka nie miała jeszcze banku centralnego i władze zwróciły się o pomoc do Morgana, już wtedy najpotężniejszego człowieka amerykańskiej finansjery. Inwestując własne pieniądze, podtrzymał płynność finansową na giełdzie i zahamował rozpoczynający się kryzys.

Współczesne dyskusje o roli JPM w czasie kryzysu 2008 r. zaskakująco przypominają te sprzed ponad stu lat, gdy przed Kongresem ze swoich działań w 1907 r. i tajnych korzyści od rządu, tłumaczył się Morgan. Jego następca, obecny szef banku również tłumaczył się z działań JPM podczas kryzysu. Istota obu tych przesłuchań była taka sama i dotyczyła dyskusji kluczowej dla każdej demokracji: kto w zasadzie powinien rządzić w państwie w sytuacjach kryzysowych i jak wiele powinna wiedzieć opinia publiczna. Czy można było zaufać Morganowi i Dimonowi, że będą działać w interesie państwa?

Podczas przesłuchań w 1913 r. Morgan twierdził, że nie było innej drogi, że z kryzysem mogą poradzić sobie tylko zawodowi bankierzy, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]