POLITYKA

Poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Polityka - nr 24 (2354) z dnia 2002-06-15; s. 30-31

Kraj

Piotr Pytlakowski

Bardzo biedny gangster

Inspektorów skarbowych nie obchodzi, skąd przestępcy mają pieniądze

Jeśli nie dobierzemy się do majątków zgromadzonych przez gangsterów, wojna z nimi będzie skazana na przegraną – twierdzi policja, alarmując aparat sprawiedliwości i służby skarbowe. Przypadek pewnego powszechnie znanego w Olsztynie bandyty dowodzi jednak, że ani wymiaru sprawiedliwości, ani służb skarbowych w najmniejszym stopniu nie obchodzi jego zdobyty z niejasnych źródeł majątek.

Krzysztof Deut (nazwisko zmienione), trzydzieści kilka lat, ostrzyżony na łyso, byczy kark, ulubiony strój: dresy lub skórzana kurtka, ulubione auto: Jeep Cherokee, w poprzednim wcieleniu bokser średniej klasy, dzisiaj przywódca grupy zorganizowanej zajmującej się zwykłą gangsterką. Miejscowa prasa nazwała go Pogromcą Tygrysa, gdyż wyznał, że jako berbeć bawił się w piaskownicy z Dariuszem Michalczewskim (dzisiejszy mistrz świata w boksie zawodowym) i pobił go za pomocą wiaderka i łopatki do piasku. Jako sportowiec jednak wielkich sukcesów nie odniósł.

Ciężki los gangstera

Kiedy przerzucił się na gangsterstwo, początkowo wiodło mu się nieźle. Skrzyknął grupę osiłków i zmonopolizował Starówkę w Olsztynie. Od właścicieli knajpek i pubów wymuszał haracze w zamian oferując ochronę. Opornych nachodził wraz ze swoimi ludźmi, dewastował lokale, straszył klientów, czasem bił. Kawiarnię Stowarzyszenia Architektów Polskich podpalił.

Arkadiusz Lewicki, dzierżawca kawiarni SARP: – Żądał za rzekomą ochronę 3 tys. zł miesięcznie. Odmówiłem. Zaczął nachodzić mój lokal. Przyłaził z obstawą, szturchali kelnerki, straszyli gości, rzucali butelkami w ściany. Moją żonę, była wtedy w ostatnim miesiącu ciąży, klepali po brzuchu. Na koniec kawiarnię podpalili.

Lewickiemu przydzielono policyjną ochronę. Na Deuta i jego grupę już od dawna szukano dowodów. Z wiedzy operacyjnej wynikało, że gang współdziałał z inną grupą zajmującą się porwaniami olsztyńskich biznesmenów. Deut osobiście podejmował okup za jednego z porwanych, ale zastraszony biznesmen bał się przeciwko niemu zeznawać. Milczeli też sterroryzowani restauratorzy ze Starówki. Poza Lewickim – to jego doniesienie o popełnieniu przestępstwa spowodowało, że z gangiem można się było w końcu rozprawić. Zeznania Arkadiusza Lewickiego potwierdziło kilkudziesięciu świadków. Grupę Deuta zatrzymano i osadzono w areszcie.

Akt oskarżenia przygotowali prokuratorzy z wydziału do spraw przestępczości zorganizowanej, co świadczy o randze zarzutów. Sprawa trafiła do olsztyńskiego sądu rejonowego.

Proces trwał długo, bo gangsterzy bronili się chytrze, ich adwokaci stosowali sztuczki prawne. Doprowadzili nawet do tego, że sprawę trzeba było rozpocząć jeszcze raz, bo przerwa w procesie przeciągnęła się ponad 35 dni. Wreszcie zapadł nieprawomocny wyrok skazujący (Krzysztofa Deuta ukarano 5,5-letnią odsiadką), ale po wniesionej przez skazanych rewizji wyższa instancja wytknęła niższej błędy i nakazała ponowne rozpatrzenie sprawy. W nowym procesie gangsterzy zmienili taktykę. Zaczęli użalać się nad swoim ciężkim losem. Twierdzili, że ich rodzinom zagraża nędza i głód. Z powodu złej sytuacji materialnej – jako bezrobotni i nie posiadający dochodów – poprosili sąd o wyznaczenie adwokatów z urzędu, zwolnienie z kosztów procesowych i, wreszcie, o zmianę środka zapobiegawczego, czyli o zwolnienie z aresztu. Sąd tylko częściowo przychylił się do prośby, orzekł zwolnienie, ale zażądał gwarancji w postaci kaucji. Podkomendnym Deuta wyznaczono po 20 tys. zł, a bossowi grupy 50 tys.

Bezrobotni, przymierający głodem gangsterzy, bez najmniejszych problemów wysupłali gotówkę na kaucję – mówi Marek Kołakowski, szef olsztyńskiego BCC i działacz Warmińsko-Mazurskiego Stowarzyszenia na rzecz Bezpieczeństwa. – Skąd wzięli pieniądze – to dopiero interesujące.

Żona Arkadiusza Lewickiego przeżyła szok, kiedy 22 grudnia 2001 r., a więc w dniu, kiedy bandyci wyszli zza krat, zobaczyła ich w aucie marki Jeep Cherokee. Jechali za nią. Zaparkowała na placu przy jednym z olsztyńskich supermarketów, stanęli obok. Była przerażona, chociaż Deut i jego ludzie nie próbowali jej atakować. Wystarczyło im, że pani Lewicka zauważyła ich obecność. – Zacząłem dostawać telefony z pogróżkami – opowiada Arkadiusz Lewicki. – Żądali, żebym wycofał się z zeznań, bo w przeciwnym razie ucierpi moja rodzina. Mam 4-letnią córeczkę, boję się o jej bezpieczeństwo, ale zeznań nie wycofam. Bandyci nie mogą tryumfować.

Zastraszanie kluczowego świadka w sprawie to bez wątpienia próba zacierania dowodów i mataczenie, ale sąd nie wyciągnął wobec oskarżonych stosownych konsekwencji – nadal odpowiadają z wolnej stopy.

Urząd zapada w milczenie

Działacze olsztyńskiego Stowarzyszenia na rzecz Bezpieczeństwa pod koniec grudnia 2001 r. wystąpili do urzędu skarbowego o skontrolowanie dochodów Krzysztofa Deuta. Uzasadniali: „Jako stowarzyszenie reprezentujące olsztyńskich przedsiębiorców jesteśmy stroną w tej sprawie i mamy uzasadnione podejrzenie, że te pieniądze (na kaucję – red.) nie były dochodem opodatkowanym”. Urząd skarbowy odpowiedział: „Krzysztof Deutt w kartotece mieszkańców m. Olsztyna nie figuruje oraz nie jest zarejestrowany w bazie NIP”.

Przemysław Chojnowski, prezes stowarzyszenia: – Popełniliśmy drobny błąd, nasza wina, przekręciliśmy nazwisko tego człowieka, dodając mu drugie „t”. Ale sprawa Deuta była w Olsztynie znana, urzędnicy skarbowi musieli o niej sł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]