POLITYKA

Czwartek, 24 lipca 2014

Polityka - nr 51 (2381) z dnia 2002-12-21; s. 46-50

Gospodarka / Nasza milionerka

Robert Moreń

Basiu, daj!

Kto jest najbogatszym Polakiem? Przyzwyczailiśmy się myśleć o trójce Kulczyk–Gudzowaty–Krauze. Tymczasem oni razem wzięci nie mają nawet połowy tego, co pewna Polka, która w 1968 r. wyjechała z setką dolarów w kieszeni do USA, by zostać pokojówką. Dziś na sam jej widok Polakom wyciągają się ręce.

Barbara Piasecka-Johnson zajmuje 168 miejsce na liście najbogatszych ludzi świata opublikowanej niedawno przez tygodnik „Forbes”. Jej majątek ocenia się na 2,4 mld  dol. W ciągu zaledwie ośmiu lat stan posiadania P.-J. podwoił się i to mimo kryzysu amerykańskiej i światowej gospodarki. Dało jej to awans aż o 167 pozycji. To jeden z największych skoków na liście „Forbesa”. Okazuje się, że ona lepiej zarządza majątkiem, niż robił to jej bogaty mąż John Seward Johnson, syn założyciela korporacji Johnson&Johnson. W chwili jego śmierci w 1983 r. Barbara odziedziczyła 350 mln dol.

Od kilkunastu lat jest najbogatszą mieszkanką księstwa Monaco, które oprócz łagodnego klimatu charakteryzuje się zerową stawką podatku od osób fizycznych. Z zalet tych od 1976 r. korzysta również Wojciech Fibak, niegdyś słynny tenisista, a ostatnio – podobnie jak P.-J. – kolekcjoner dzieł sztuki. – Piasecka-Johnson to obok papieża, Wałęsy, Polańskiego i Kosińskiego najbardziej rozpoznawana w świecie osoba z Polski – przekonuje Fibak.

Pozycją słynnej Polki zachwyca się również minister kultury Waldemar Dąbrowski: – Nie znam drugiego Polaka, który miałby ustabilizowane kontakty na takim poziomie. Jej osobistymi przyjaciółmi są m.in. książę Monaco Albert, Placido Domingo, Gregory Peck, Franco Zefirelli i Krzysztof Penderecki. Wszyscy oni są członkami rady honorowej Fundacji. – Cel jest bardzo piękny, więc chętnie się zgodziłem. Tym bardziej że pani Piasecka to serdeczna i otwarta osoba – wyjaśnia Krzysztof Penderecki. Swoje związki z P.-J. określa jednak jako luźne: – Spotkaliśmy się chyba trzy razy w życiu. Pamiętam, że kiedyś pokazywała mi kolekcję orchidei w ogrodzie swej amerykańskiej siedziby Jasna Polana.

Narzędzie Pana Boga

Majątek częściowo pomnożył się sam dzięki wzrostowi kursu akcji firmy Johnson&Johnson. W dużej mierze to jednak zasługa rosnącej wartości kolekcji dzieł sztuki tworzonej 30 lat, a uznawanej obecnie za trzecią największą kolekcję w zbiorach prywatnych. – Barbara ma nie tylko pieniądze, ale także ogromne wyczucie i wiedzę na temat sztuki – komplementuje Wojciech Fibak, wspominając wspólny udział w wielu aukcjach.

P.-J. prowadzi też inwestycje. Jakie? Nie chce powiedzieć. Woli mówić o działalności charytatywnej: – Nieważne, ile ma się pieniędzy. Ważne, co się z nimi robi. Wierzę, że Pan Bóg przeznaczył mnie na swoje narzędzie. Mając wielkie szczęście w życiu chcę pomóc tym, którzy mieli go mniej.

Wolę Boga realizuje pomagając dzieciom autystycznym w USA i w Polsce. To obecnie jedno z głównych zadań powołanej w 1974 r. The Barbara Piasecka Johnson Foundation. Były prezydent Lech Wałęsa mówi o niej: kobieta dobrego serca. – Po sobie mogę powiedzieć, że w pewnym wieku człowiek zaczyna myśleć, że będzie zdawał relację z tego, co dobrego w życiu zrobił. Ona też pewnie chce po sobie coś zostawić. Dlatego wyciąga do ludzi rękę.

Tę rękę wyciągała już w latach 70. Jej fundacja finansowała stypendia dla polskich naukowców i artystów, w latach stanu wojennego przekazała milion dolarów Solidarności, tworzyła w Polsce hospicja, domy samotnej matki i domy starców. – Działalnością charytatywną zajmuję się od 30 lat. Do tej pory wydałam na pomoc studentom, ludziom słabym i chorym ponad 35 mln dol. – podkreśla w jednym z pierwszych zdań rozmowy. – Na wołowej skórze by tego nie spisał.

Bujanie w kolebce

Polacy dowiedzieli się o Barbarze Piaseckiej-Johnson w 1989 r., kiedy milionerka postanowiła kupić matecznik Solidarności – Stocznię Gdańską. W dniu Bożego Ciała (25 maja) 52-letnia blondynka zasiadła do suto zastawionego stołu w gdańskiej parafii Świętej Brygidy. Po jej lewej stronie gospodarz: ksiądz Henryk Jankowski, któremu owa blondynka przekazała w stanie wojennym kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Po prawej Lech Wałęsa. Przyszły prezydent przez chwilę bawił ją swymi niezrównanymi żartami, by niespodzianie przejść do konkretów: – Pani mogłaby dokonać cudu, pani Barbaro. Proszę kupić Stocznię Lenina, a ja obiecuję, że nasi robotnicy zwrócą to pani stukrotnie. Pod koniec wykwintnego obiadu P.-J. była już przekonana. – Ja za wszelką cenę chciałem uratować stocznię – mówi dzisiaj Wałęsa. – A pani Basia miała czyste intencje. Chciała pomóc.

W tydzień później te intencje spisano na papierze. Bogata Polka zobowiązała się zainwestować w bankrutującą stocznię 100 mln dol. w zamian za 55 proc. udziałów. Dwudziestu ekspertów zaczęło pracować nad przygotowaniem kontraktu. Po niespełna roku (wtedy ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Bajka oKopciuszku, który został macochą

Barbara Zygfryd Piasecka urodziła się w 1937 r. w Staniewiczach w powiecie Kosów Poleski. W 1955 r. zdała maturę we wrocławskim III LO. Oceny – piątki z WF i przysposobienia obronnego, czwórka z logiki, reszta trójki. – Średniaczka. Powiedzmy, że była uczniem poprawnym – mówi Barbara Demska, która zaczęła pracę we wrocławskiej trójce w roku matury Piaseckiej.

Członkowie Stowarzyszenia Absolwentów i nauczyciele mają za złe słynnej Piaseckiej, że nigdy nie interesowała się swoją szkołą. Nie przyjechała na jubileusz jej pięćdziesięciolecia w 1996 r. – Bardzo liczyliśmy, że nie tylko przyjedzie, ale wspomoże szkołę finansowo. Mieliśmy duże plany – mówi Bożena Sabatowska, sekretarz szkoły.

Studiowała historię sztuki w Rzymie i Florencji. Wcześniej z wyróżnieniem ukończyła Wydział Historii Sztuki Uniwersytetu we Wrocławiu. – Te studia to moja najlepsza jak dotąd decyzja życiowa – mówi dzisiaj.

Po namowach ojca wyjechała do USA, jak utrzymuje, nie znając słowa po angielsku, z zaledwie 100 dol. w kieszeni. Jedyny kontakt: Polsko-Amerykański Komitet do spraw Pomocy Emigrantom (po latach przekazała na jego rzecz kilkadziesiąt tysięcy dolarów). Tam poznała Zofię Kowerdan, która pracowała jako kucharka w domu Sewarda Johnsona i jego drugiej żony Esther Underwood w Oldwick w stanie New Jersey.

I tak Barbara Piasecka została pomocą kuchenną w domu Johnsonów. Szybko okazało się, że gotować to ona nie potrafi. Za to dobrze podaje do stołu. Była więc kelnerką i sprzątaczką. 73-letni Seward Johnson, który miał wcześniej dziesiątki romansów, znowu przypomniał sobie dobre czasy. Po 10 miesiącach Barbara Piasecka oznajmiła gospodarzom, że wyjeżdża do Nowego Jorku do szkoły językowej. Z pensji 100 dol. tygodniowo zdołała zaoszczędzić 3 tys. dol.

Żegnając Barbarę Seward Johnson zostawił jej telefon do swego nowojorskiego apartamentu. Podobno nie zadzwoniła. To on ją odnalazł. Poprosił, by obejrzała i oceniła obrazy ozdabiające jego apartament. Zaskoczony jej rozległą wiedzą zaproponował stanowisko kustosza rodzinnej galerii sztuki z pensją 1000 dol. miesięcznie.

Barbara ciągle jednak nie odwzajemniała uczucia. Kochała się (z wzajemnością) w słynnym wtedy polskim żeglarzu Piotrze Ejsmoncie. Do jej związku z Johnsonem pewnie nigdy by nie doszło, gdyby nie śmierć Ejsmonta, który w 1969 r. zaginął na Morzu Karaibskim. Stary Seward starał się ją pocieszyć: zabrał w podróż po Europie. Odwiedzili najlepsze muzea i galerie Londynu, Paryża, Rzymu. Kupowali obrazy i rzeźby największych mistrzów.

Esther Underwood przyzwyczajona do wyskoków męża cierpliwie czekała, aż mu przejdzie. Ale nie przeszło. Wkrótce odwiedzili ją adwokaci męża z propozycją ugody rozwodowej. Esther, z którą Seward spędził 32 lata, zgodziła się za cenę 20 mln dol. Zaledwie siedem dni po ich rozwodzie, 11 listopada 1971 r., Barbara zmieniła nazwisko na Piasecka-Johnson. – To niesamowite. Ja pociągam fizycznie tę piękną młodą kobietę – chwalił się Seward amerykańskiemu dziennikarzowi. W chwili ślubu ona miała 34 lata, on 76 lat.

W 1987 r. skończył się trwający trzy lata proces, w którym Barbara P.-J. została oskarżona przez dzieci swego męża o „oszustwo, przymus i zastraszenie”. Od śmierci Sewarda, który po dwuletniej walce z rakiem prostaty zmarł w wieku 88 lat, minęły wtedy cztery lata. Barbara, która przeżyła z nim czternaście lat, twierdzi, że opiekowała się mężem do ostatnich dni. – Oddanie się jego osobie nie było żadnym poświęceniem. Z nim byłam naprawdę szczęśliwa – mówi po latach.

Po śmierci Sewarda szóstka jego dzieci z dwóch pierwszych małżeństw odkryła, że ojciec 22-krotnie zmieniał swój testament, ostatni raz na 39 dni przed śmiercią. Całość swojego majątku, czyli nieco ponad 500 mln dol., zapisał Basi. Nie znaczy to, że całkowicie wydziedziczył potomków. Już wiele lat wcześniej stworzył im specjalne nienaruszalne udziały w J&J, tzw. trusty, o wartości 100 mln dol. dla każdego. – Są ludzie, którzy mają bardzo dużo, a chcą jeszcze więcej – komentuje to dzisiaj Barbara P.-J. – Oni nie byli przeciwko mnie, tylko przeciwko swojemu ojcu. Sądzili się z nim, zanim jeszcze ja za niego wyszłam.

To był jeden z najbardziej emocjonujących spektakli sądowych Ameryki. Trwający 17 tygodni proces transmitowało kilka stacji telewizyjnych. Wdowa chcąc zakończyć gorszące widowisko zaproponowała przeciwnikom ugodę – 140 mln dol., a ci skwapliwie ją przyjęli. Barbara otrzymała 350 mln dol. i z ulgą stwierdziła, że wreszcie może realizować marzenia.

Wystawa na Zamku

Dzieła sztuki z kolekcji Barbary Piaseckiej-Johnson już raz były dostępne polskiej publiczności. Było to w 1990 r., kiedy na Zamku Królewskim w Warszawie odbyła się wystawa pt. „Opus Sacrum”. Przez trzy miesiące pokazywano wtedy m.in. rysunki Leonarda da Vinci i obrazy Rubensa i Rembrandta. Wicedyrektor Muzeum Zamku Królewskiego Danuta Uniewicz-Koper mówi: – Drugiej takiej wystawy chyba później w Polsce nie było. Angielski periodyk „The Connaisseur” napisał wtedy, że wystawa w Warszawie to „rzucanie pereł przed wieprze w jednym z najuboższych krajów na Wschodzie”.