POLITYKA

środa, 27 września 2017

Polityka - nr 1 (3) z dnia 2017-02-15; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 25. Kobieta: instrukcja obsługi; s. 56-59

MY. Kobieta jako córka, partnerka, matka

Agnieszka Sowa

Bez przymusu

Dr hab. Anna Cierpka o macierzyństwie i bezdzietności

Agnieszka Sowa: – Czy każda matka kocha swoje dziecko?
Anna Cierpka: – Nie każda.

A dlaczego nie kocha?
Zwykle dlatego, że sama nie była kochana. Jeżeli kobieta nie dowiedziała się, co to znaczy bliskość, miłość, troska i opieka, bo jej matka umarła albo ją porzuciła, może po prostu nie umieć kochać swojego dziecka. Ale to nie oznacza, że nie może się tego nauczyć.

Są i bardziej biologiczne powody. To może być chwilowy efekt spadku poziomu hormonów bądź efekt uboczny działania leków. Zdarza się, że matka po porodzie bierze na ręce swoje wyczekane, upragnione dziecko i z przerażeniem stwierdza, że nic nie czuje. Czasem dociera to do niej z opóźnieniem, na drugi dzień. Zwykle jednak w tego typu sytuacjach stan ten mija po kilku dniach i wszystko wraca do normy. Jeśli nie mija, warto kobietę otoczyć pomocą.

Oczekiwanie społeczne, także kobiety, która zostaje matką, jest takie, że tylko spojrzy na dzidziusia, przytuli i już kocha.
Młodym kobietom, które się naczytały o pięknie macierzyństwa i o miłości macierzyńskiej, może wydawać się, że to taka strzała Amora, zauroczenie, fajerwerki. A jak tych fajerwerków nie ma, przychodzi rozczarowanie. Tymczasem miłość macierzyńska rodzi się powoli. Jest nie tylko pierwszym zachwytem – jest także troską o dziecko, lękiem o nie, świadomością odpowiedzialności za nowe życie etc. Miłość to nie jest zakochanie.

Dominujący pogląd, że „każda matka kocha swoje dziecko”, nie pomaga. Bo jeżeli kobieta czuje inaczej, to natychmiast włącza się nasze słynne polskie poczucie winy: coś jest ze mną nie tak, skoro wszystkie matki kochają, a ja nie umiem. Są przecież i takie sytuacje, o których na ogół się głośno nie mówi, kiedy z bezsilności i głębokiej frustracji pojawia się u matek uczucie niemal nienawiści, chęć zadania dziecku fizycznego bólu. Pewna kobieta powiedziała mi kiedyś, że miała ochotę „skoczyć i podeptać” swoje dziecko. No i natychmiast popędziła do terapeuty w obawie, że coś jest z nią nie w porządku. Byłoby, gdyby to zrobiła. Odczuwamy różne emocje wobec naszych bliskich, także wobec dzieci, ale to jeszcze nie oznacza, że nie kochamy. Takie chwilowe negatywne uczucie, nieprzełożone na konkretne działania mogące zaszkodzić dziecku, jest czymś normalnym. Jeśli jednak takie sytuacje się powtarzają, warto poszukać dla siebie pomocy, nawet niekoniecznie psychologicznej. Czasem wystarczy rozmowa z inną kobietą.

Opowieść o macierzyńskiej miłości jest stosunkowo świeża w naszym kręgu kulturowym. Jeszcze dwa wieki temu w wyższych sferach społecznych dzieci oddawano na wieś do mamki. Chore dzieci porzucano, ich śmierć traktowano jako nieuniknioną kolej rzeczy.
Podejście do dzieci zmieniło się w sensie kulturowym diametralnie. Kiedyś żyły na marginesie społecznym, przeżywały tylko jednostki najsilniejsze. Powszechne było stosowanie wobec nich przemocy, maltretowanie, nadużycia. Zmiana, która w końcu przyszła, była – z potrzeby odreagowania i odkupienia win – bardzo gwałtowna. Nastąpiło odwrócenie o 180 stopni: nagle dzieci stały się najważniejsze. W efekcie mamy dziś często do czynienia z sytuacją, którą roboczo nazywam „dzieckocentryzmem”. Zorientowani na rozwój i osiągnięcia dziecka rodzice stawiają je w centrum systemu rodzinnego, sami krążąc po jego orbicie jako zasób do wykorzystania: szofer, zdobywacz pieniędzy na kolejne zajęcia dodatkowe, markowe ubrania, gadżety... Ich potrzeby są marginalizowane, a raczej sami decydują się realizować taki scenariusz.

Czy to, że tak skrajne podejścia są możliwe, nie świadczy o tym, że miłość macierzyńska jest bardziej wytworem kultury niż czymś przyrodzonym każdej kobiecie?
Dyskusja na ten temat trwa i moim zdaniem nie zostanie szybko rozstrzygnięta. Na pewno komponent kulturowy jest szalenie istotny. Jesteśmy jako społeczeństwo zanurzeni w rozmaitych dominujących dyskursach, również o tym, co to znaczy być matką. W narracjach rodzinnych, umocowanych w określonych tekstach kultury, zapisywane są także znaczenia tworzące opowieść o roli kobiety i matki. Określenia, co to znaczy być tu i teraz kobietą i matką. Wrastając w ów system znaczeń, zwany w literaturze etosem rodzinnym, kobieta – świadomie i nieświadomie – uczy się swojej roli. Czerpie także wiedzę z obserwacji innych kobiet: matek przyjaciół czy znajomych. Kiedyś przeprowadziłam badania dotyczące obrazu poszczególnych członków rodziny w zależności od poziomu jej spójności. Okazało się, że im bardziej spójna rodzina (innymi słowy im bliższe relacje członków rodziny), tym charakterystyki ojca i dziecka były bardziej złożone poznawczo, rozbudowane i nacechowane pozytywnie. Charakterystyki matek zaś – niezależnie od kondycji rodziny – był...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Rozmówczyni jest doktorem nauk humanistycznych, psycholożką. W praktyce zajmuje się pomocą psychologiczną w sytuacjach kryzysów życiowych, problemów dotyczących relacji w parze i w rodzinie, problemów wychowawczych, a także wspieraniem rozwoju osobowości. Pracuje także w Katedrze Psychologii Wychowania Wydziału Psychologii UW. Jest kierowniczką studiów doktoranckich na Wydziale Psychologii. Autorka książki „Tożsamość i narracje w relacjach rodzinnych”.