POLITYKA

Sobota, 19 sierpnia 2017

Polityka - nr 17 (3108) z dnia 2017-04-26; s. 158

Passent

Daniel Passent

Bezczelne wspomnienia

Takich tygodników jak »Świat« i POLITYKA nie było w żadnym innym kraju Układu Warszawskiego” – mówi Józef Hen w wywiadzie dla tygodnika „Przegląd”. „POLITYKĘ, podobnie jak wiele innych tytułów polskiej prasy, można było kupić w dużych miastach radzieckich” – dodaje redaktor Pilawski. A Hen wspomina: „Pamiętam spotkanie z Wiktorem Niekrasowem, autorem powieści »W okopach Stalingradu«. Mówił, że nauczył się polskiego, by czytać tygodnik »Świat«, ale ostatnio do niego nie przychodzi, choć go zaprenumerował. Wyjaśniłem, że »Świat« ma kłopoty, bo uznano go za pismo rewizjonistyczne, ale wkrótce znowu będzie go otrzymywał. – Mam nadzieję, że »Świat« nie przestanie być rewizjonistyczny – uśmiechnął się Niekrasow. Moi radzieccy znajomi – przypomina Hen – czytali POLITYKĘ, »Świat« i »Ekran« – ten ostatni, choć pozostawał mocno partyjnym pismem, to publikował informacje o nowych filmach zachodnich, które nie docierały do ZSRR”. Od siebie dodam, że również Josif Brodski, wielki poeta i laureat Nobla, wspominał, jak uczył się języka, żeby czytać polską prasę.

Jedno muszę sprostować: POLITYKA nie była w ZSRR nigdzie sprzedawana – przeciwnie: była zakazana, tak jak w Polsce prasa emigracyjna. Według przedsiębiorstwa RUCH, które było monopolistą w eksporcie prasy polskiej, do ZSRR trafiało około stu (!) egzemplarzy. Ponieważ był to „kraj stu narodów”, można powiedzieć, że każdy naród dostawał jeden egzemplarz POLITYKI, a pamiętając, że Rosjanie dużo wtedy czytali (np. w metrze), to kolejka była długa. Pisząc serio – tych kilkadziesiąt egzemplarzy przewidzianych było dla bibliotek i kilku instytucji, typu MSZ, wydział zagraniczny KC partii. Nieliczne egzemplarze docierały do ZSRR przywożone z Polski przez osoby prywatne.

Nie było więc tak słodko, że POLITYKA leżała w radzieckich kioskach obok „Prawdy” i „Komsomołki”. Dzisiejszy polski wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, wykreślając POLITYKĘ i kilka innych tytułów z listy pism, które mogą prenumerować sądy, podjął decyzję godną bolszewików. Oni robili to samo. Od czasu kiedy kasta sędziowska przestała czytać w pracy POLITYKĘ zamiast akt, sprawy sądowe ruszyły z kopyta.

Podczas kiedy jedni w Rosji uczyli się polskiego, żeby nas czytać, inni pouczali redakcję w Warszawie, jak ma naświetlać rzeczywistość i besztali ją, jeśli robiła inaczej. O stosunku „radzieckich” do naszego pisma niech świadczy fakt, że Rakowski, który był redaktorem naczelnym kilkanaście lat, nie otrzymał upragnionego zaproszenia do ZSRR, nad czym ubolewał, ponieważ wsparcie radzieckich było potrzebne.

Zamiast wsparcia otrzymywaliśmy od czasu do czasu kuksańca, takiego jak atak oficjalnego organu „Nowe Czasy” („dawaj czasy!”) w 1983 r. za rewizjonizm i słabość wobec solidarnościowej opozycji. Nie przypominam sobie innego przypadku, żeby jakikolwiek organ sowiecki przypuścił atak na jakiekolwiek czasopismo polskie, a były to czasy, kiedy grymas Moskwy był jak grzmot w Warszawie.

Profesor Wiesław Władyka pisze w książce „POLITYKA i jej ludzie”: „Był to frontalny atak na pismo i na jego (wymienionych z imienia i nazwiska) autorów. Dostało się KTT, Andrzejowi Werblanowi, J.J. Wiatrowi, Marianowi Stępniowi, J.P. Gawlikowi, Passentowi. Zarzuty były ciężkie. Że POLITYKA „przejęła od ekstremistów Solidarności ideę pluralizmu zamiast socjalizmu”, że kwestionuje kierowniczą rolę partii, głosi „»wszystkożerny pluralizm światopoglądowy«, szerzy »rewizję porozumień jałtańskich«” itd.

Ja oberwałem za wywiad z ówczesnym ministrem spraw zagranicznych Japonii, któremu podobno zwróciłem Wyspy Kurylskie i obaj dążyliśmy do „zmiany równowagi sił na świecie” (hi, hi!). Pamiętam, jak cenzura nie chciała tego fragmentu zwolnić, na co Rakowski pytał w KC, jak będziemy wyglądali wobec Japończyków – najpierw prosimy o wywiad, a potem go cenzurujemy?

Z okazji 720. miesięcznicy POLITYKI tygodnik „wSieci” wystawił nam dwie laurki. Pierwszą, pod tytułem „Nie dla idiotów”, sporządził Wiktor Świetlik. Swoją ocenę pisma buduje on na autorytecie… Krzysztofa Gottesmana, który łaskawie przyznaje, że w 1968 r. tygodnik „do czołówki antysemickiej nagonki nie należał”, ale wydrukował obrzydliwe wystąpienie Józefa Kępy (wówczas I sekretarz partii w Warszawie). Wniosek Świetlika: „Leciwy tygodnik w 1968 r. nie zachowywał się najpodlej z podłych, ale zachowywał się tak, że co najmniej nie powinien się tym chwalić. Ja bym przynajmniej siedział cicho. No, ale ja jestem chamem, w przeciwieństwie do dostojnych jubilatów”. Co prawda, to prawda.

W odróżnieniu jednak od dzielnego i nieposzlakowanego redaktora Świetlika, ja dobrze pamiętam tamte czasy i okoliczności. Po odmowie wydrukowania przez POLITYKĘ kompromitującego Żydów felietonu Antoniego Słonimskiego z 1924 r., co było aktem w tamtych czasach niespotykanym, partia oczekiwała od POLITYKI zajęcia pryncypialnego stanowiska. Redakcja jednak wolała milczeć i przedrukować z „Życia Warszawy” przemówienie Kępy. Jako że nie redagowaliśmy pisma dla idiotów, czytelnicy dobrze zrozumieli ten unik. Wiktorowi Świetlikowi ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]