POLITYKA

środa, 28 czerwca 2017

Polityka - nr 8 (3099) z dnia 2017-02-28; s. 13-15

Temat tygodnia

Piotr Pytlakowski

Biuro narodowo-rządowe

Po wypadku limuzyny premier Beaty Szydło opozycja oskarżyła o nieprofesjonalizm Biuro Ochrony Rządu. I zdziwiła się, kiedy PiS przyłączył się do narzekań, ogłaszając, że zamierza stworzyć w miejsce BOR Narodowe Służby Ochrony.

Przekaz wydaje się niejasny. Z jednej strony politycy PiS bronią funkcjonariuszy BOR z konwoju, który miał wypadek w Oświęcimiu, bo, jak twierdzą, nawet bez wyroku wiadomo, że sprawcą był młody kierowca seicento (co akurat nie jest takie pewne). A jednocześnie zaraz po tym zdarzeniu najpierw prezes PiS Jarosław Kaczyński, a po nim minister Mariusz Błaszczak i jego zastępca Jarosław Zieliński ogłaszają, że w BOR panuje „zbyt niski stopień dyscypliny” i niezbędna jest reforma. – Połączyli do kupy oponę w samochodzie prezydenta, wariacką jazdę Macierewicza i wypadek pani premier. No i mają pretekst, którego szukali. Będą robić kolejną rewolucję – mówi nam były oficer BOR. – Zarzucanie chłopakom z Biura braku dyscypliny to ściema, która ma ukryć prawdziwy powód tych zdarzeń.

Tym powodem, według naszego rozmówcy, są ambicje ochranianych polityków. – Wszystko wiedzą najlepiej i zawsze się spieszą, poganiają. A swoich ochroniarzy traktują jak kamerdynerów, którym wydaje się polecenia i oczekuje, że bez dyskusji je wykonają.

A reforma? To parawan, aby w miejsce BOR stworzyć kolejną służbę pracującą dla jednej formacji, prywatną agencję ochrony PiS.

Kariera remontowa

Z zapowiedzi szefów MSWiA wynika, że ustawa reformująca BOR, chociaż ma być gotowa już w połowie marca, na razie nie wyszła poza mgliste zarysy. Najważniejsza zmiana to zapowiedziane wzmocnienie kompetencji szefa tej jednostki, co brzmi niejasno, bo nie sprecyzowano, jakie nowe uprawnienia dostanie dowódca instytucji chroniącej polityków. Na pewno nie będzie to samodzielność od politycznej czapy. Prawdopodobnie większe kompetencje dotyczą rozszerzenia palety zadań o działania operacyjno-rozpoznawcze. I tu jest cała tajemnica reformy – BOR w nowej postaci będzie mógł podsłuchiwać i inwigilować każdego obywatela według własnego widzimisię, bo na to pozwala obowiązująca od niedawna tzw. ustawa inwigilacyjna. Szkopuł w tym, że wśród inwigilowanych mogą znaleźć się także osoby ochraniane, bo aby zapewnić im bezpieczeństwo, trzeba wiedzieć, z kim się kontaktują, spotykają i o czym rozmawiają. To jasne jak słońce, że ktoś będzie chciał z tak zgromadzonej wiedzy skorzystać i to nie w celu skuteczniejszej ochrony.

Gen. Adam Rapacki, były wiceminister spraw wewnętrznych, nie ma wątpliwości, że BOR nie są potrzebne uprawnienia do prowadzenia czynności operacyjno-rozpoznawczych. – To nie poprawi bezpieczeństwa vipów, a jedynie spowoduje konieczność zatrudnienia dodatkowych przynajmniej stu ludzi – mówi. Także większe kompetencje dla szefa BOR, według Rapackiego, wydają się zbędne, bo ten i tak ma wystarczającą samodzielność. Inna sprawa, czy umie z tej samodzielności korzystać. Gen. Rapacki zauważa, że od szefa zależy skuteczność podwładnych. – Kiedy chronią duże eventy, jak ostatnio szczyt NATO czy Światowe Dni Młodzieży, to się spinają i pokazują pełny profesjonalizm – mówi. – Ale w codziennej robocie wychodzą braki w wyszkoleniu i dowodzeniu.

Michał Majewski, autor niedawno wydanej książki „Biuro. Ochroniarze władzy. Za kulisami akcji BOR-u”, mówi, że tej instytucji nie jest potrzebna nowa ustawa, ale przestrzeganie reguł już istniejących: – Nie może być tak, że los i kariera funkcjonariuszy zależy od przychylności ochranianych polityków. Foruje się swoich ulubieńców, tworzy grupy swojaków, lojalnych i oddanych.

Lojalni najpierw biegają po kajzerki na śniadanie dla swojego vipa, wyprowadzają psa na siku i spełniają każde prywatne życzenie pryncypała, a potem dostają nagrody w postaci awansów. Byli ochroniarze wspinają się na kierownicze stanowiska, chociaż ich otoczenie doskonale wie, że nie są przygotowani do ich pełnienia. – Powinno obowiązywać szkolenie polityków w zakresie ochrony i relacji z borowikami, a funkcjonariuszy należy uczyć asertywności – mówi Majewski.

Kariery na wyrost to od lat bolączka BOR. Nasi rozmówcy podają przykład szefa BOR Andrzeja Pawlikowskiego, zdymisjonowanego niedawno w niejasnych okolicznościach, chociaż to przecież za rządów PiS wdrapał się na szczyt. Do BOR dostał się za prezydentury Lecha Wałęsy. Jak opisuje w swojej książce Michał Majewski, ojciec Pawlikowskiego remontował wtedy Pałac Namiestnikowski i zaprzyjaźnił się z Mieczysławem Wachowskim, co zaowocowało posadą dla syna. Wachowski był potem gościem na ślubie Pawlikowskiego. Prawdopodobnie kiedy przy poparciu kancelarii prezydenta Andrzeja Dudy Pawlikowskiego powołano na szefa BOR, Jarosław Kaczyński nie wiedział o jego zażyłości z otoczeniem Lecha Wałęsy. Później ktoś mu szepnął na ten temat i Pawlikowskiego odwołano.

W BOR zatrudniającym ponad 2,2 tys. osób przynajmniej od roku panuje atmosfera niepewności. Na cenzurowanym są funkcjonariusze zatrudnieni za czasów rządów SLD i PO. Dochodzi do konfliktów. Kiedy szefostwo MSWiA ogłosiło pomysł przemianowania BOR na NSO (Narodowe Służby Ochrony), stał...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]