POLITYKA

Sobota, 29 kwietnia 2017

Polityka - nr 13 (3104) z dnia 2017-03-29; s. 5

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Brzydkie pytania

Polska dyplomacja – to niedługo będzie odpowiednik dawnego obraźliwego „polnische Wirtschaft” – otóż polska dyplomacja odniosła jeden niewątpliwy sukces: mówi się o nas na świecie. Doświadczyłem tego osobiście, i osobliwie, podczas międzynarodowej konferencji poświęconej polityce i gospodarce światowej (ok. 300 uczestników; politycy, biznes, profesura, z 30 krajów Zachodu; miejsce: Waszyngton). Polska była tu wymieniana jako jedno z wewnętrznych zmartwień Zachodu, gdzieś między Turcją a Węgrami, w godnym – trzeba przyznać – towarzystwie, bo z Ameryką Donalda Trumpa i podążającymi w nieznane Brytyjczykami.

Ameryką, rzecz jasna, wszyscy przejmują się najbardziej, choć eksperci, zszokowani wyborem Trumpa, pomału dochodzą do siebie. Po ostatnich spektakularnych porażkach nowego prezydenta – najpierw w sądach w sprawie dekretów migracyjnych, a teraz w Kongresie przy próbie uchylenia tzw. Obamacare – dominuje pogląd, że amerykański system polityczny udowodnił swoją odporność na ekscesy władzy wykonawczej, że prezydent odebrał kolejne lekcje realizmu i pokory. I że rozpoczął się etap dojrzewania nowej administracji, o której zresztą opowiada się, że jest w stanie kompletnego chaosu personalnego, niedecyzyjności, braku kierunku. Wszyscy jednak mają nadzieję, że prezydent Trump skończy wreszcie kampanię wyborczą i nabierze, właściwej dla urzędu, powagi. Dla politologów Polska jest tu ciekawym punktem odniesienia, laboratorium, gdzie testowane już były polityczne i propagandowe narzędzia (ataki na media, sądy, opozycję itd.), po które sięga dziś prezydent USA.

Geopolitycznie Polska ma znaczenie jako ewentualny czynnik rozkładowy Unii (pytania o ewentualny Polexit padają całkiem serio), a także ze względu na szczególne relacje z Rosją. Od byłego szefa jednej z największych globalnych instytucji finansowych usłyszałem, zadane prywatnie, ale przy świadkach, pytanie: czy wasz rząd jest antyrosyjski czy prorosyjski? Pytanie nie dziwi, bo akurat teraz i w Ameryce, i w Europie zapanowała istna psychoza, jeśli chodzi o szukanie putinowskich śladów w wewnętrznej polityce demokratycznych krajów Zachodu. W Stanach toczą się w Kongresie śledztwa w sprawie niebezpiecznych związków ludzi Donalda Trumpa z kremlowskimi władzami. Ostatnia, tuż przed finałem francuskiej kampanii prezydenckiej, wizyta Marine Le Pen u Putina dodatkowo pobudziła podejrzenia, że Kreml wspiera finansowo (i internetowym trollingiem) te polityczne formacje na Zachodzie, które podważają stabilność NATO, spoistość Unii Europejskiej i ogólnie tzw. zachodni system wartości. Stąd ciekawość: a jak u was?

Ostatnie dokonania „polskiej dyplomacji” rzeczywiście uzasadniają stawianie pytań o faktyczny charakter polskiej polityki zagranicznej, retorycznie przecież skrajnie antyrosyjskiej. Zebrane z ostatnich tylko tygodni wydarzenia mogłyby być osnową fantastycznej teorii spiskowej. Próba podważenia wyboru Donalda Tuska, jedynego reprezentanta wschodniej Europy w najwyższych władzach Unii, to oczywiste osłabianie więzi między poradziecką częścią Europy i „starym Zachodem”, podobnie jak lansowana przez ekipę Jarosława Kaczyńskiego koncepcja Europy Ojczyzn, czyli suwerennej dezintegracji Unii. A podgrzewanie nieufności wobec Niemiec, ekonomicznego i etycznego filaru Unii, głównego dziś orędownika sankcji wobec Rosji? A antyukraiński zwrot w polskiej polityce, oficjalnie motywowany nierozliczeniem się Ukrainy ze zbrodnią wołyńską? A rozbrajanie, kadrowa dewastacja i ośmieszanie polskiej armii (czytaj s. 10), naderwanie rozmaitych nici współpracy w ramach NATO, zwłaszcza w dziedzinie wywiadu, kontrwywiadu, służb specjalnych? Wreszcie takie fakty, jak blokada na polskiej granicy uciekających przed rosyjską opresją Czeczenów; wybór prorosyjskiego Victora Orbána na najbliższego sojusznika i „obrońcę polskich interesów”; nieoczekiwana odwilż w stosunkach z Białorusią, przy utrzymywaniu stanu tlącego się konfliktu w relacjach z, teoretycznie sojuszniczą, Litwą. Itd. Układa się z tego jakiś obrazek czy nie?

Odpowiedź na konferencyjne pytanie o anty/prorosyjskość polskiej polityki jest faktycznie kłopotliwa. Zapewne ideowe przesunięcie Polski na Wschód wynika głównie z chaosu „polskiej dyplomacji”, realizującej cele polityki wewnętrznej. Taki charakter ma awantura o Tuska; ataki na instytucje europejskie są motywowane głównie tym, że Unia miesza się we władzę PiS i próbuje ją „przywołać do konstytucji”. Dewastacja armii wynika z osobistych obsesji Antoniego Macierewicza, żenującej słabości prezydenta Dudy, pewnie też z politycznego planu przekształcenia wojska w armię PiS, kadrowo i ideowo wierną partii. Konflikt z Ukrainą jest częścią wewnętrznej polityki historycznej. Czeczeńcy blokowani na granicy to odprysk propagandowej wojny z „niosącymi pasożyty i terroryzm” uchodźcami. Jeśli z dala polska polityka zagraniczna wygląda na prorosyjską, to pewnie nie dlatego, że tak zostało zaplanowane, ale że nie ma żadnego planu. Poza mobilizowaniem tzw. twardego elektoratu. To zresztą znów, paradoksalnie, łączy nasz nieduży kraj z konwulsjami w polityce zagranicznej potężnej Ameryki.

Wraz ze słabnięciem impetu „trumpowskiej nonszalancji” i coraz bardziej prawdopodobnymi wyborczymi porażkami nacjonalistycznych partii w Europie fala populizmu, któ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]