POLITYKA

środa, 26 lipca 2017

Polityka - nr 26 (3116) z dnia 2017-06-28; s. 26-27

Polityka

Malwina Dziedzic

Bulterier z seterem

PiS ma nowego bulteriera. Wakat po Jacku Kurskim objął Dominik Tarczyński. Teraz to on ­bezwzględnie atakuje politycznych przeciwników. Uchodzi za impertynenta, ale to nie do końca prawda. To chłodna kalkulacja.

Rzadko kiedy trzecioligowy polityk, który dopiero pierwszą kadencję zasiada w Sejmie, tak szybko zyskuje rozgłos i z tylnych poselskich ław przebija się na frontowe pozycje – pojawia się w mainstreamowych mediach (ostatnio BBC i „GW”), uczestniczy w politycznych debatach, również tych europejskich. Tarczyńskiemu to się udało, choć styl, w jakim tego dokonał, wiele mówi o jakości życia publicznego w Polsce. To pomieszanie tupetu, agresji, narodowego zadęcia, demagogii i partyjnego serwilizmu. Na facebookową modłę: mocno, kontrowersyjnie, po oczach – byle większe zasięgi.

Poseł PiS na tyle zresztą skutecznie wykorzystuje media społecznościowe, że jego nazwisko padło nawet podczas wewnętrznego szkolenia polityków PO, którzy w ubiegłym tygodniu uczyli się, jak efektywniej wykorzystywać social media. Nie wszystkim spodobał się ten przykład, bo nie tak wyobrażają sobie pracę polityka – jakość debaty też ma znaczenie. A Tarczyński wyraźnie przesuwa jej granice.

Głośno zrobiło się o nim rok temu, kiedy Lecha Wałęsę nazwał „bydlakiem” i wyzwał na „solo”. Nawet władze PiS nie wytrzymały, odcięły się od takiego języka; poseł musiał przeprosić. Ale formy wypowiedzi nie zmienił. Więc: politycy PO „żarli ośmiorniczki”, „Polska była w stanie agonalnym”, po „8 latach platformerskich libacji alkoholowych za publiczne pieniądze”. I tak dalej. Gdzieś między tymi atakami na opozycję po internetowych profilach Tarczyńskiego krążą wspomnienia żołnierzy wyklętych, symbole Polski Walczącej, zawołania „Czołem Wielkiej Polsce!” i „Pilnuj Polski!” oraz jego zdjęcia z egzotycznych podróży: w basenie, z drinkiem, z papugą. Raz wrzuci selfie w czerwonym płaszczu obszytym jenotem, innym razem pochwali się wizytą w ekskluzywnym centrum wellness i dołączy fotkę swojej stopy w jacuzzi, zalinkuje telewizyjne wystąpienie albo pokaże się w koszulce z napisem: „10/04 nie zapomnimy. Dumni z Polski”. Jak instagramowa szafiarka, tylko w politycznym wydaniu.

Internauci komentują, szerują, lajkują, ale często też szydzą. Kiedy po wyborze Polski na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ zamieścił filmik z przesłaniem do „pana Rysia i pana Grzenia” kończący się słowami „zatkało kakao?”, internet zalała seria memów z posłem PiS w roli głównej.

Ostatnio Tarczyński sporo uwagi poświęca sprawie uchodźców. I tak w twitterowej dyskusji dotyczącej kar finansowych dla państw UE, które nie chcą przyjmować imigrantów, uderzył: „Życie nie ma ceny. Chyba, że ktoś chce sprzedać życie swojej matki lub siostry, które ktoś wysadzi w powietrze. Chętni na ryzyko? Zgłaszać się!”. Tak demagogiczne argumenty ucinają jakąkolwiek rozmowę. Poseł często w ten sposób fauluje.

Wkłada duży wysiłek w to, aby zaistnieć, wypromować się. Wywołuje przy tym kontrowersje. Ale to nie wszystkim się podoba. Mnie rozczarował, bo myślałem, że będzie bardziej ułożony. Kurski przy nim to elegant – przyznaje jeden z polityków obozu rządzącego. – Na pewno jest barwny, zadziorny, taki w nowoczesnym stylu, bo chwali się w internecie tymi hotelami, spa i innymi luksusami. Najwyraźniej jednak zakłada, że lepsza zła sława niż żadna. Byle mówili. Trochę go szkoda, bo ma talent, tylko go marnuje. Mógłby być dyrygentem orkiestry symfonicznej, a woli grać na weselach – dodaje poseł. Jego zdaniem, wirtualna aktywność Tarczyńskiego nie przekłada się na pozycję w partii. Na tę na dworze Kaczyńskiego pracuje się latami. Poza tym debiutujący poseł otarł się o Solidarną Polskę, a to wciąż budzi pewną nieufność w PiS. Nasz rozmówca opowiada, że w obozie władzy „wszyscy są cały czas na baczność”, pilnują się, są podejrzliwi. Niełatwo zapracować na zaufanie, szczególnie „zdrajcom” od Ziobry.

Dlatego poseł Tarczyński stara się rzucać prezesowi w oczy i łapać punkty także w realu, bo przecież Kaczyński sam nie zagląda do internetu. Przesiada się do przednich ław sejmowych, zaczepia posłów opozycji, pokrzykuje, dogaduje. To on próbował wytrącić Schetynę z równowagi, kiedy ten uzasadniał wniosek o wotum nieufności wobec rządu Beaty Szydło. I to do niego szef PO rzucił: „Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”. Sam Tarczyński jest z tej przepychanki wyraźnie dumny: – Udało mi się go zdenerwować. „House of Cards” dobrze pokazuje, w jaki sposób wybić kogoś politycznie z rytmu. To też jest polityka. Bo parlament to nie laboratorium.

W partii to dostrzeżono. – Gdyby nie miał przyzwolenia władz na pewne zachowania, toby tego nie robił – przyznaje nasz kolejny rozmówca z klubu PiS. Bo każde ugrupowanie potrzebuje takiego politycznego chuligana, któremu w praktyce „wolno więcej”. PO miała kiedyś Niesiołowskiego i Palikota, teraz – jak mówią pisowcy – gra Nitrasem. Oni mają Tarczyńskiego.

W samym PiS ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]