POLITYKA

Piątek, 18 sierpnia 2017

Polityka - nr 31 (3121) z dnia 2017-08-02; s. 16-18

Polityka

Marcin Rotkiewicz

Bunt klas

Rozmowa z prof. Tomaszem Szlendakiem, socjologiem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, o powodach i skutkach przyłączenia się młodzieży do protestów

Marcin Rotkiewicz: – Młodzież rzeczywiście masowo ruszyła bronić demokracji i praworządności?
Tomasz Szlendak: – Twardych danych nie mamy, ale na podstawie wielu pierwszych analiz, przybliżonych danych i obserwacji widać, że w obronie niezależności sądów demonstrowało mnóstwo młodych ludzi.

Tylko że określenie „młodzi ludzie” jest nieprecyzyjne. Dziś młody jest i 18-latek, i 35-latek, a nawet 40-latek.
Ale raczej wiadomo, o jaką młodzież chodzi. Demonstrowali głównie licealiści i studenci z przedziału 18–24 lata. Wyglądało to dość niezwykle, bo ulice zdominowały osoby bardzo młode oraz w wieku ich rodziców i dziadków, czyli na oko 50 plus. Natomiast raczej słabo zmobilizowało się pokolenie 30- i 40-latków.

Co można powiedzieć o protestujących poza tym, że są bardzo młodzi?
Przyglądając się dotychczasowym badaniom tej kategorii wiekowej, da się pewne rzeczy stwierdzić. Otóż im niższy, mówiąc językiem socjologii, kapitał kulturowy ludzi, tym mniejsze zainteresowanie polityką i życiem społecznym na makropoziomie. Czyli tym więcej postaw „trudno powiedzieć” lub „mnie polityka w ogóle nie interesuje”. A ponieważ do największych wybuchów protestu doszło w dużych miastach, więc mamy do czynienia nie tyle z buntem pokoleniowym, co klasowym. Na ulice wyszli reprezentanci dobrze sytuowanej klasy średniej wielkomiejskiej lub nowych mieszczan.

Czyli duża część młodzieży była na tych protestach nieobecna.
Owszem. Perspektywa socjologiczna nakazuje myśleć, że ponad połowę ludzi w tym wieku interesuje w czasie wakacji przede wszystkim kąpiel w jeziorze i picie piwa ze znajomymi. Protestował naprawdę specyficzny typ młodych ludzi.

Jednak wcześniej nawet oni byli bierni wobec poczynań obecnej władzy. Stąd media prześcigają się w formułowaniu kolejnych hipotez, dlaczego akurat teraz młodzi wyszli na ulice. Na przykład: miał ich obrazić wyjątkowo brutalny język polityków PiS.
Chodzi o to nerwowe wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, w którym padły słynne „zdradzieckie mordy” i „kanalie” oraz „ubeckie wdowy” z przemówienia jednego z senatorów PiS? Nie sądzę. Takie stwierdzenia postrzegane są przez młodych ludzi raczej w kategoriach obciachu, surrealizmu, nieprzystawalności języka polskiej polityki do ich świata. Nie budzą grozy, tylko poczucie absurdu. Jak film „Miś” Barei. Do tego stopnia, że należy przeciw temu protestować. Sam słyszałem w telewizji wypowiedź młodej, 20-letniej dziewczyny, która stwierdziła, że musiała przyjść na demonstrację, ponieważ jest „ubecką wdową”.

Mieliśmy więc do czynienia z rodzajem eventu, flash mobu, czyli gromadzenia się nieznających się osób, zwoływanych szybko przez internet lub esemesami. W czymś takim młodzi ludzie uwielbiają brać udział, a protesty w obronie sądownictwa dawały im dodatkowo silną moralną legitymację do działania.

Brzmi to trochę tak, jakby ostatnie demonstracje były kolejną formą zabawy.
Jestem naprawdę daleki od sugerowania, że oto nieinteresujący się polityką młodzi ludzie skrzyknęli się za pomocą Facebooka i innych narzędzi internetowych, żeby sobie poskakać ze świeczkami na ulicy. Absolutnie nie. Oni mieli poczucie, że władza majstruje przy głównych instytucjach demokracji i jeszcze komunikuje to językiem oderwanym od ich rzeczywistości. To uruchomiło społeczny impuls. A forma protestów, owszem, miała wiele wspólnego z dotychczasowymi praktykami kulturowymi młodych ludzi. Co więcej, zgadzam się z Ludwikiem Dornem, że dla tej wielkomiejskiej grupy młodych ludzi może to być doświadczenie pokoleniowe, a nawet magiczne.

W jakim sensie?!
Młodzi powiązali event z wetami. Uwierzyli w jego sprawczość. Że udało im się na ulicy zatrzymać niszczenie niezależności sądownictwa. Krzyczeli, żeby przestało padać, i przestało. Tymczasem wpływ demonstracji na weta prezydenta Andrzeja Dudy nie był raczej decydujący.

Kolejna hipoteza: dużą rolę odegrały „szafiarki z Instagrama”. Otóż w pewnym momencie protest poparły niektóre tzw. szafiarki, czyli popularne wśród młodzieży internetowe celebrytki prezentujące w sieci ubrania ze swoich szaf. Dzięki nim wrzucanie zdjęć z protestów stało się bardzo modne.
Szafiarki zostawiłbym w spokoju, bo one zareagowały dopiero wtedy, gdy umieszczanie w mediach społecznościowych fotek z demonstracji było już popularne. Natomiast internet – czyli głównie Facebook, Twitter lub Instagram – na pewno odegrał ogromną rolę. Po słynnej sejmowej debacie ze „zdradzieckimi mordami” w sieci zapłonął ogień. Wyglądało to tak, że na tzw. ścianach facebookowych młodych ludzi, które de facto są dla nich niemal jedynym źródłem informacji, zaczęły pojawiać się wiadomości, że polityka chce dotknąć ich prywatnego mikrożycia, że niszczenie sądów może zagrozić stabilności ich świata.

Ludzie ci bowiem zamknięci ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Tomasz Szlendak – prof. dr hab. (rocznik 1974), bada m.in. praktyki kulturalne Polaków i przemiany obyczajów w kulturze zachodniej. W tym roku ukazała się jego książka, napisana z Krzysztofem Olechnickim, pt. „Nowe praktyki kulturowe Polaków. Megaceremoniały i subświaty”.