Czwartek, 17 maja 2012
Nie ma to jak starzy mistrzowie. Im czasy bardziej niepewne, tym większy z nich pożytek. Ponadczasowa mądrość lepiej pasuje do epok gwałtownych niż najmądrzejsza z mądrości doraźnych. Dlatego stary Ortega zapewne więcej nam mówi o dzisiejszej Polsce, Europie i świecie niż 100 wydań „Wiadomości”.
Kim był José Ortega y Gasset? Filozofem? Socjologiem? Politycznym prorokiem? Może wszystkim tym naraz. Sto lat temu ze zgrozą patrzył na Hiszpanię pogrążającą się po przegranej wojnie z Ameryką (1898 r.). Potem z wściekłością patrzył na Europę, która po I wojnie znów zsuwała się ku anarchii, dyktaturze i zbrodni. Patrzył głęboko, szeroko i przenikliwie, by zrozumieć, dlaczego.
Wśród geniuszy epoki nie on jeden po stu latach odzyskał walor aktualności. Marks o globalizacji, Nietzsche o gnuśnym ostatnim człowieku, Weber o kulturowych korzeniach gospodarki pisali z grubsza to, co dziś znów odkrywamy w otaczającym nas świecie. Powtarzalność myśli i wątków nie jest przypadkowa. Nawet jeżeli nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, to można wiele razy osiąść na tej samej mieliźnie i tonąć w tym samym wirze.
Ortega nie był największym myślicielem epoki, ale był wielkim pisarzem. Nie miał nużącej solidności Webera, dygresyjnego rozwichrzenia Marksa ani słowotoku Nietzschego. Zionął wielkimi wizjami pełnymi diagnoz, analiz i przestróg. Wyrazistymi i emocjonalnymi, ale ugruntowanymi w wykształceniu zdobytym na najlepszych wówczas niemieckich uniwersytetach i w myślach wyczytanych u czołowych umysłów epoki – Diltheya, Heideggera, Spenglera, Unamuno.
„Bunt mas”, swoją najważniejszą książkę, wydał w 1930 r. W pół drogi między wielkimi katastrofami dziejów: po zwycięstwie bolszewików w Rosji i przed II wojną światową. Pisał ostro. Obrażał ogół. Pluł żółcią. Ale gdy wiemy, co stało się później, trudno czynić mu z tej ostrości zarzut. Wył jak pies szarpiący się na łańcuchu, by zbudzić pijanego pana, beztrosko drzemiącego w tlącym się już domu. Opisywał narastanie katastrofy kolosalnych rozmiarów. Skóra cierpnie, gdy czytając go dzisiaj, odnosi się wrażenie, że pisze o naszym świecie.
Masa idzie
„Najważniejszym faktem współczesnego życia publicznego w Europie jest osiągnięcie przez masy pełni władzy społecznej”. Masa to jego zdaniem mentalność stworzona przez „podniesienie dziejów”. Za czasów Ortegi – podobnie jak za naszych – świat przeżył szok wielkiego wypełnienia. Piękna druga połowa XIX stulecia – podobnie jak piękna druga połowa XX stulecia – spowodowała, że wszystkiego gwałtownie przybyło. Ludzi, rzeczy, wiedzy, pieniędzy, instytucji, kłopotów.
„Nigdy dotąd przeciętny człowiek nie miał takiej łatwości w rozwiązywaniu swoich problemów ekonomicznych” – pisał Ortega u schyłku lat 20., co dla nas brzmi dziwnie – bo w Polsce koncentrujemy się na pustej części szklanki i ciemnej stronie życia, pełną część i jaśniejszą stronę uważając za oczywisty dar Pana Boga. „Do łatwości i pewności ekonomicznej należy jeszcze dodać fizyczną: komfort i porządek publiczny (...) również w formach życia publicznego”. Ta łatwość doświadczana na co dzień powoduje, iż świat przestał się masie wydawać przerażający, groźny i nieogarniony. Wydał się łatwy, bezpieczny i prosty.
Masa, która poczuła się bezpiecznie, nabiera przekonania, że umie świat ogarnąć. Kiedy widziała niebezpieczeństwo, gdy przymierała głodem, umierała od banalnych chorób i w każdej chwili mogła zginąć z jakiejś obcej ręki, sama oddawała się pod opiekę mądrzejszym. „Podniesienie dziejów” sprawiło, że „masy zhardziały w stosunku do mniejszości; nie są im posłuszne, nie naśladują ich ani nie szanują; raczej wprost przeciwnie, odsuwają je na bok i zajmują ich miejsce”. W przestrzeń wlewa się masowość. „Człowiek masowy czując się pospolitym, żąda, by pospolitość była prawem i odmawia uznania jakichkolwiek nadrzędnych wobec siebie instancji”.
Można powiedzieć: a cóż w tym jest złego. Trudno przecież ludziom pospolitym odmówić prawa okazywania własnej tożsamości. Sęk w tym, że sprawy idą dalej. „Umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swojej przeciętności i banalności, mają dziś czelność domagać się prawa do bycia przeciętnymi i banalnymi i do narzucenia tych cech wszystkim innym”.
Ortega – wbrew pozorom – nie był wrogiem masy. „Społeczeństwo jest zawsze dynamicznym połączeniem (...) mniejszości i mas”, pisał. Ale przerażało go umasowienie. W człowieku masowym widział najgorsze cechy zepchniętej ze sceny starej arystokracji. „Skłonność do czynienia z zabawy i sportu głównej sprężyny życia; pielęgnacja własnego ciała, dbałość o urodę i strój; brak romantyzmu ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]