POLITYKA

środa, 24 maja 2017

Polityka - nr 52 (3091) z dnia 2016-12-19; s. 34-37

Polityka

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Bunt prowincji

Politycy rozgrywają na swoją korzyść istniejące konflikty, często je wręcz wywołując. Wybory w Polsce, a także w innych krajach, wskazały na nową, najbardziej teraz wydajną wojnę. To starcie miast i prowincji.

Wyborcze realia wielu krajów coraz bardziej się do siebie upodobniają. Wystarczy spojrzeć na ostatnią prezydencką elekcję w Stanach Zjednoczonych. Na mapie pokazującej wyniki głosowania w poszczególnych okręgach (to mniej więcej odpowiednik powiatów) widać powtarzalną prawidłowość. Nowy Jork niebieski, dla Hillary Clinton; jeszcze od północy, od Connecticut, Massachussets i inteligenckiego Bostonu styka się z innym niebieskim polem, ale już od wszystkich pozostałych stron, poczynając od położonego tuż za miedzą New Jersey, otacza go czerwone morze Donalda Trumpa. Podobnie z Filadelfią – samo miasto dla Clinton, ale czerwone okręgi zaczynają się tuż za rogatkami tego historycznego miasta. Nawet Atlanta, stolica jednego z południowych, konserwatywnych stanów (z tzw. pasa biblijnego), Georgii, jest niebieska, ale wygląda jak mała wysepka na oceanie poparcia dla Trumpa.

Nie inaczej było w brytyjskim referendum za pozostaniem w Unii Europejskiej. Poparcie dla Brexitu rosło wprost proporcjonalnie do odległości od londyńskiego City czy centrów dużych ośrodków. Kiedy się spojrzało na mapę brytyjskiej wyspy, to miasta można było na niej rozpoznać po kolorze wskazującym na zwycięstwo przeciwników Brexitu.

Podobnie jest w Polsce, gdzie metropolie chętniej głosowały za Platformą czy Nowoczesną i niepisowskimi prezydentami miast, ale wyborcy tuż zza miejskich granic głosowali inaczej. Warszawa jest wyspą na pisowskim Mazowszu (już gminy za rogatkami głosują inaczej niż stolica), Lublin na Lubelszczyźnie, Rzeszów na Podkarpaciu. Teraz zresztą PiS zamierza różnymi sposobami te ostatnie twierdze podbić i przejąć.

Na Węgrzech Budapeszt jest antyorbanowski, ale reszta kraju popiera premiera z Fideszu. W Turcji zeuropeizowane Ankara i Istambuł buntują się, choć coraz słabiej, przeciwko Erdoğanowi, ale ten niewiele sobie z tego robi, bo ma za sobą wielki interior. W Austrii prowincja głosuje inaczej niż Wiedeń. Zapewne podobna prawidłowość wystąpi podczas przyszłorocznych wyborów prezydenckich we Francji czy w wyborach parlamentarnych w Niemczech (choć tu dochodzi jeszcze specyficzny podział na dawne RFN i NRD).

Osuszanie miejskich bagien

Konflikt na linii metropolie–prowincja (używamy tego słowa w sensie poznawczym, encyklopedycznym, w żadnym stopniu nie deprecjonującym) wyrasta na najważniejsze zjawisko polityczne i kulturowe współczesności. Można spotkać opinię, że mieszkańców dużych europejskich miast z różnych państw łączy ze sobą więcej – mentalnie i kulturowo – niż tychże z lokalną prowincją. Nie chodzi tu o kosmopolityzm, chętnie w takich okolicznościach zarzucany, ale o patrzenie na sprawy publiczne, pojęcie państwa, demokracji, swobód obywatelskich, wreszcie styl życia i praktykowane obyczaje.

Zdaniem wielu ekspertów nadrzędny staje się podział na zamkniętą socjalno-konserwatywną prowincję i otwarte liberalne miasta. Dopiero na ten konflikt nakłada się, jako wtórny, klasyczny układ lewica–prawica. Trump w USA, Kaczyński w Polsce, Cameron w Wielkiej Brytanii czy Orbán na Węgrzech są tak samo wielkomiejscy jak elity, którym wypowiedzieli mniej lub bardziej szczerą wojnę, ale ich przewaga polega na tym, że pojęli mechanizmy rządzące tą animozją. To, w jaki sposób można manipulować tzw. wściekłością, oburzeniem, buntem przeciwko elitom z metropolii. Słynne stwierdzenie Trumpa „osuszymy bagno w Waszyngtonie” prawdopodobnie dało mu zwycięstwo. Kiedy po przegranej PO w Polsce Grzegorz Schetyna powiedział, że wybory wygrywa się w Końskich, a nie w Wilanowie, widać było, że po czasie ta świadomość dotarła także do dzisiejszej opozycji. Aby zrozumieć ten najważniejszy teraz polityczny podział, warto zrekapitulować to, o czym piszą socjologowie badający ten problem, czyli to, jakie poglądy i emocje umiejscowiły się dzisiaj w metropoliach i poza nimi.

Od wielu lat miasta były traktowane jako ośrodki postępu i rozwoju, które mają promieniować na prowincję i ją cywilizacyjnie podciągać. W Polsce echem takiego myślenia był model polaryzacyjno-dyfuzyjny, zarysowany w raporcie Michała Boniego z 2009 r., ostro skrytykowany w swoim czasie przez Jarosława Kaczyńskiego, jako rzekomo dyskryminujący prowincję i niezurbanizowane regiony. Z kolei Kaczyńskiemu zarzucano, że źle zrozumiał tezy raportu.

Boniemu chodziło o to, że „szansa relatywnie biedniejszych obszarów polega przede wszystkim na uczestniczeniu w sukcesie najsilniejszych regionów, a nie na doraźnej pomocy w ramach polityki redystrybucji i przywilejów. Rozwój peryferii zależy zatem od ich skuteczności w budowaniu własnego potencjału rozwojowego”. Boni tłumaczył, że próba zasypywania różnic źle wydawanymi pieniędzmi, polegająca na sztucznym wyrównywaniu dochodów i popytu wewnętrznego, prowadzi donikąd. Dawał przykład włoskich miast z uboższego południa, gdzie wielkie środki pompowane z Unii nie zmieniły ich położenia.

Ale Kaczyński zapewne doszedł do wniosku, że w sensie politycznej skuteczności to on ma rację. Takie same ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]