POLITYKA

środa, 23 sierpnia 2017

Polityka - nr 20 (3110) z dnia 2017-05-17; s. 94

Passent

Daniel Passent

Cała Polska czyta dorosłym

Na „Polskę Ludową” rzuciłem się wygłodzony i pożarłem ją jednym tchem. Spieszę uspokoić rejonowy komisariat policji historycznej: nie chodzi o Polskę Ludową jako o państwo (w którym przeżyłem zarówno gorzkie rozczarowania, jak i słodkie chwile), tylko o książkę pod tym tytułem. „Polska Ludowa” (wyd. Iskry). To koncert na cztery ręce w wykonaniu duetu Karol Modzelewski–Andrzej Werblan, pod dyskretną batutą Roberta Walenciaka. Dwóch historyków i polityków, niezwykle zaangażowanych w historię powojennej Polski, ale po przeciwnych stronach. Werblan – jeden z budowniczych systemu komunistycznego, członek najwyższych władz partyjnych oraz państwowych, dziś już człowiek w latach, ale o imponującej pamięci i żywotności intelektualnej. Modzelewski – wybitny historyk – mediewista i działacz opozycji (9 lat w więzieniach PRL!).

Jest to książka o Polsce mojego pokolenia. Prof. Modzelewskiego poznałem na Uniwersytecie Warszawskim w gorących dniach Października ’56, po czym nasze drogi się rozeszły, zaś prof. Werblana w trakcie pracy w POLITYCE, kiedy nie raz przyszło mu uczestniczyć w naszych targach z władzą. Modzelewski należał do nielicznych, którzy ratowali honor naszego pokolenia. Był wzorem, który mało kto miał odwagę naśladować, więc dla wielu z nas był wyrzutem sumienia. To postać formatu prezydenckiego. Z takiego prezydenta byłbym dumny.

„– Mam do pana profesora pytanie dość osobiste: czy pan był ideologicznie przekonany do systemu? Czy to był raczej chłodny wybór polityczny? – pyta K.M.

– Byłem do ustroju przekonany.

– Do ustroju – tak, ja rozumiem, ale…

– Nie byłem oczywiście przekonany do rewolucyjnych metod rządzenia” – zastrzega się A.W.

Czy byłem do ustroju przekonany? – wielu ludzi zadawało sobie wtedy (mowa o latach 50.), ale i później, to pytanie. Należymy do pokolenia, które było przez system porwane, dorastało w nim, maszerowało w pochodach 1-majowych, niektórzy – jak Modzelewski i Werblan – byli młodymi komunistami, członkami partii, by z czasem znaleźć się po przeciwnych stronach. „Całe moje myślenie polityczne – wspomina K.M. – było wówczas (’56) oparte na pewnym niewielkim doświadczeniu i języku, które nam system wtłoczył do głowy. Innego języka, to trzeba podkreślić, do mówienia o polityce po prostu nie było!”.

Ludzie byli pogodzeni z rzeczywistością nie tylko ze strachu, ale dlatego, że trzeba było odbudowywać normalne życie tylko w tym państwie, jakie było – mówi K.M. „Dlatego wrogość wobec tego państwa była niepatriotyczna. To był bardzo silny argument, który trafiał nie tylko do środowisk związanych z władzą. To był mocny argument przez cały czas PRL. O tym trzeba pamiętać, bo dziś to jest starannie wymazywane z podręczników. Taki był nastrój. A potem wstrząs XX Zjazdu” (obnażenie zbrodni stalinizmu). „Ja wtedy nie uważałem się za przeciwnika socjalizmu, ani w gruncie rzeczy za przeciwnika rządów jednopartyjnych. Nie byłem przeciwnikiem partii, przecież w tej partii ciągle byłem”. Z czasem jednak K.M. zaczyna system naprawiać, staje się rewolucjonistą, liczy na upadek systemu w ciągu 2–3 lat, świadomie wybiera swój los, „zajeżdża kobyłę historii”, wie, że za list otwarty do członków partii, napisany wspólnie z Kuroniem, „więzienie mieli wkalkulowane”.

Do jakiego stopnia Polska Ludowa była państwem polskim, na ile można było się z nim identyfikować i uważać za swoje, a na ile praca, służba, ba, samo życie w tamtej PRL było aktem kolaboracji, czyniło z człowieka „Polaka peerelowskiego”? Werblan: rok 1956 to autentyczna legitymizacja Polski Ludowej. „Różna to była legitymizacja. Ludowa, bo tłum za nią stawał, akceptował. I formalna, bo te wybory w 1957 roku, aczkolwiek nie były demokratyczne, w sensie pluralistycznym, ale z całą pewnością były wolne”.

Modzelewski: „Nie sądzę, żeby to była legitymizacja wyborcza. Myślę, że to była legitymizacja na zasadzie – osiągnęliśmy to, co się dało. Takiego myślenia przedtem nie było. Przed październikiem 1956 roku nikt nie uważał, że coś tam osiągnęliśmy. Coś, czego trzeba bronić. (…) dla przeciętnych inteligentów, którzy nie mieli związków emocjonalnych z komunistyczną ideologią, to była legitymizacja Polski Ludowej jako zła koniecznego (…) w ramach tego świata, tego porządku, uzyskaliśmy to, co było do zaakceptowania i trzeba się z tym zgodzić. Trzeba z tym żyć”.

Od Października legitymizacja Polski Ludowej się wyczerpywała, aż pozostała tylko geopolityka i siła. Trudno choćby wymienić tematy 29 rozmów, ogromnej pracy autorów „Polski Ludowej” (nie dali się zagonić do „PRL”). Chciałoby się przytoczyć i pociągnąć poruszone w książce wątki. Napisać ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]