POLITYKA

Czwartek, 24 sierpnia 2017

Polityka - nr 11 (11) z dnia 2016-11-23; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 24. Rady na kłopoty ze sobą i innymi; s. 46-49

Ja. Co ze mną nie tak

Grzegorz Gustaw

Cenna porażka

Miliony ludzi sięgają po tabletki przeciw depresji – czy na pewno tego im potrzeba

Depresja to najczęściej występujące z zaburzeń afektywnych. Szacuje się, że ponad 350 mln ludzi w różnym wieku cierpi z jej powodu. W samej tylko Unii Europejskiej problem dotyka każdego roku ponad 30 mln osób. Światowa Organizacja Zdrowia od pewnego czasu ostrzega, że może ona stać się problemem numer jeden w krajach rozwiniętego świata do 2020 r. Jednak część badaczy sceptycznie reaguje na wieść o epidemii depresji. Twierdzą, że stan przygnębienia, poczucia bezradności, zmęczenia bywa dla człowieka zupełnie naturalny. I wielu z nas powinno nauczyć się radzić sobie z życiowymi porażkami, zamiast od razu sięgać po inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny, czyli popularne antydepresanty.

Depresja: epidemia czy marketing

Kontakty współczesnych pacjentów z medycyną odbywają się na ogół w ramach systemu podręczników diagnostycznych oraz skróconych testów, używanych do szybkiego określenia stanu zdrowia pacjenta. Dzięki nim lekarze stawiają rozpoznanie niezwłocznie – bez konieczności babrania się w długotrwałym procesie kompleksowej diagnozy pacjenta, połączonej z analizą jego otoczenia. Uwaga współczesnej medycyny koncentruje się na jednostce, pomijając jej związki z rodziną, lokalną wspólnotą i społeczeństwem. Psychiatra dr David Healy z Bangor University w Walii określa to mianem uprzemysłowienia służby zdrowia.

Prof. Allan V. Horwitz z Rurgers University i prof. Jerome C. Wakefield z New York University w książce „The loss of sadness: how psychiatry transformed normal sorrow into depressive disorder” („Śmierć smutku – jak psychiatria przekształciła zwykły smutek w zaburzenie depresyjne”) zwracają uwagę na fakt, że począwszy od starożytności do lat 70. XX w., klinicyści nie uważali objawów depresyjnych za patologię. Każdorazowo rozpatrywali je w kontekście okoliczności, w których znalazł się pacjent. Psychopatologię diagnozowali tylko wówczas, gdy objawy wystąpiły bez wyraźnej przyczyny albo były zbyt nasilone lub zbyt długotrwałe względem czynnika, który je wywołał. Dopiero w latach 80. w oficjalnym podręczniku Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego DSM-III wydano zalecenie diagnozowania choroby psychicznej niezależnie od okoliczności, jeśli tylko wystąpią u pacjenta określone symptomy depresyjne (jedyny wyjątek od tej reguły stanowiło przeżywanie przez pacjenta żałoby). I od tamtego czasu kryteria niezbędne do postawienia dorosłemu pacjentowi diagnozy tzw. depresji wielkiej stały się bardzo łatwe do spełnienia – odczuwanie przygnębienia oraz występowanie prawie każdego dnia przez co najmniej dwa tygodnie przynajmniej czterech z ośmiu poniższych dolegliwości:

zaburzenia łaknienia (spadek apetytu albo znacząca utrata wagi lub nadmierny apetyt lub znaczące przybranie na wadze),

zaburzenia snu (bezsenność albo nadmierna senność),

pobudzenie albo spowolnienie psychomotoryczne,

spadek zainteresowania lub przyjemności płynącej z wykonywania codziennych czynności albo spadek libido,

spadek energii, zmęczenie,

poczucie bezwartościowości, samooskarżanie, nadmierne poczucie winy,

trudności z koncentracją,

nawracające myśli o śmierci, myśli samobójcze lub próba samobójcza.

Wielu pracowników służby zdrowia zapomniało, że podręcznik diagnostyczny DSM został wydany nie jako wyrocznia, lecz jako wsparcie dla decyzji diagnostycznych. Dlatego na łamach jego czwartego wydania zaznaczono wyraźnie: „jest ważne, aby DSM-IV nie używać w sposób mechaniczny niczym książki kucharskiej”. Jak zauważa prof. Joan Busfield z University of Essex, lekarz w razie wątpliwości może decydować się na długotrwałą terapię lekową w myśl zasady, że bardziej niebezpieczne byłoby zaniechanie leczenia. Lekarze są też na ogół mniej skłonni do rozważania niefarmaceutycznych metod leczenia, jeśli tylko mają dostępną alternatywę w postaci leków – nawet w przypadku, gdy nie ma dowodów, że zastosowanie farmakoterapii przynosi lepsze rezultaty.

Problem szkód dla pacjenta i kosztów fałszywych diagnoz budzi coraz większe zainteresowanie. W USA w 2011 r. z powodu „nadmiernego leczenia” zmarnowano pomiędzy 158 a 226 mld dolarów. Diagnozowanie depresji „na wszelki wypadek” może być więc kosztowne zarówno dla zdrowia pacjenta, jak i finansów publicznych.

Firmy farmaceutyczne od dłuższego czasu oskarża się o tworzenie chorób i promowanie ich jako olbrzymiego problemu. Co więcej, Lisa Cosgrove z University of Massachusetts na łamach pisma „Psychotherapy and Psychosomatics” publikuje dane, z których wynika, że ponad 56 proc. panelistów DSM posiadało związki finansowe z firmami z branży farmaceutycznej, co może tłumaczyć zliberalizowanie kryteriów diagnostycznych w przypadku chorób takich jak depresja. Jennifer Neuman z Mount Sinai School of Medicine wskazuje na analogiczne powiązania lekarzy odpowiedzialnych za opracowywanie wytycznych dla praktyki klinicznej.

Przygnębienie: choroba czy norma

Odczuwanie przygnębienia to normalna rzecz – stwierdza prof. medycyny Gordon Parker. Grupie 242 nauczycieli przedstawiono definicję depresji jako „znaczne obniżenie nastroju z/bez: poczucia winy, rozpaczy, poczucia bezradności, spadku samooceny czy też szacunku do samego siebie. 95 proc. spośród nich zidentyfikowało u siebie takie uczucia (średnio 6 epizodó...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]