POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 24 (3114) z dnia 2017-06-12; s. 102

Felietony / Passent

Daniel Passent

Chwinie, Chwinie, wystaw rogi

Ja się rogów moich nie wyrzeknę – zapewniał kiedyś Stefan Chwin. Zawsze chętnie czytam jego wypowiedzi o Polsce współczesnej. Niestety, ostatnio twierdzi, że endecja ma głębokie korzenie, posłuch w narodzie i nie wiadomo, jak ją wykurzyć.

Ale po kolei. W książce „Dziennik dla dorosłych” Chwin wspominał, jak był na spotkaniu pisarzy polskich, francuskich i niemieckich. „I na tym spotkaniu pisarze, którzy przyjechali z Francji, od pierwszej chwili zajmowali się głównie jednym: szydzeniem z rządu francuskiego, francuskiego prezydenta i francuskiej polityki. Pani X, słuchając mnie, zaciąga się dymem z papierosa, po czym z rozbrajającą szczerością rzuca przez zęby: – Proszę pana, gdyby polski pisarz ośmielił się zrobić coś takiego z Polską i polskim rządem, nigdy by już nie został przez nas wysłany za granicę”.

„O przeklęta polska słabości! – wzdycha pisarz. – Dzikie gniazdo kompleksów! Przecież ci francuscy pisarze, kalający własne gniazdo, robią sto razy lepszą robotę dla Francji niż nasi grzeczni »ambasadorzy polskiej kultury« dla Polski. Dumni, swobodni, niezależni dają do zrozumienia, że mogą sobie pozwolić na drwiny z Francji, bo żadna drwina wielkiej Francji nie zaszkodzi. »Nasze drwiny z Francji świadczą o sile Francji«”.

Dziwnie czyta się te słowa sprzed kilku lat dzisiaj, gdy politycy i publicyści obozu władzy gotują się ze złości na tych, którzy za granicą „donoszą na swój kraj”, występują w roli ubogich krewnych europejskich elit, uprawiają politykę wstydu, przedstawiają nas jako naród sprawców, a nie ofiar, wygadują na Polskę w Brukseli, umniejszają zasługi żołnierzy wyklętych, krytykują stawianie pomników samemu sobie, w muzeum za mało eksponują cierpienia Kościoła i męstwo oręża polskiego. Czujemy się słabi, niedocenieni, szkalowani. Niektórzy z nas reagują alergicznie na „histeryczną nagonkę”, czyli głosy krytyczne pod adresem polskiego rządu czy Polski w ogóle.

„W USA nikogo nie obchodzi, jak Ameryka jest przedstawiana w serialach. Natomiast my mamy nastawienie nerwicowe. Opinie innych są dla nas tak istotne, ponieważ jesteśmy niepewni swojej wartości, co maskujemy okrzykami »Duma, duma narodowa«. Oczywiście w obniżeniu samooceny pomagali nam przez ostatnie 200 lat nasi sąsiedzi. Straszne były stereotypy Polaka, które funkcjonowały na Zachodzie i w Rosji” – powiada Chwin w ciekawej rozmowie z Arkadiuszem Gruszczyńskim („Tygodnik Powszechny”, nr 21).

„Cóż, nie należymy do narodów, które aktualnie tworzą historię świata czy choćby historię naszego regionu. Nawet nas nie dopuszczono do stołu rokowań w tak ważnej dla nas sprawie jak Ukraina” – konkluduje pisarz, który widocznie nie czuje się pokrzepiony faktem, że nauczyliśmy Francuzów jeść widelcami, mamy (wedle prezesa PiS) może najlepszą demokrację w Europie, zostaliśmy niestałym członkiem, a Warszawa może być „wiodącym głosem polityki europejskiej na salonach światowej demokracji” – jak marzy dr hab. Piotr Wawrzyk z UW. Pedagogika dumy zastępuje pedagogikę wstydu sączoną przez Tuska.

Kompleks polskiej słabości i marzenie o mocarstwowej potędze to ważny temat polskiej kultury XIX i XX w. – mówi Chwin. A ja bym dopisał wiek XXI. Nie tylko polityka (czytaj: propaganda) historyczna prowadzona jest ku pokrzepieniu serc, także polityka zagraniczna (wyjazd premier Szydło do Londynu przed brexitem, kiedy żaden z przywódców europejskich tam nie jeździł), ale również niektóre projektowane wielkie inwestycje. Gigantyczny port lotniczy (wiadomo czyjego imienia), węzeł kolejowy, splot autostrad w jeden wielki megahub komunikacyjny – to ma być coś więcej niż Gdynia i Nowa Huta.

To mają być pomniki „dobrej zmiany”, dowody naszej wiodącej roli w regionie, kapitana Międzymorza, lidera na skalę kontynentu. Byłoby dobrze, gdyby to miało sens i się powiodło, każdy by chciał, ale trudno wierzyć.

„Jak to imperium miało powstać?” – pyta red. Gruszczyński pisarza. „Miała je stworzyć polska moc. Czesław Miłosz określił to jednym słowem: rozpacz. Imperium, o jakim w mrokach okupacyjnej nocy śnili Trzebiński czy Bojarski, miało sięgać od Bałtyku po Odessę. Mieliśmy w nim dominować politycznie i kulturowo nad narodami Międzymorza”. Dzisiaj, mówi Chwin, mamy momenty paroksyzmu, gwałtownego przebudzenia się „polskiej woli mocy”, która trwa już dwa lata.

Zdaniem pisarza takie tęsknoty są ciągle żywe w narodzie. Spora część Polaków marzy o tym, by Polska stawiała się całemu światu, bez względu na efekty. „Ważne jest samo stawianie się jako forma odreagowania długoletnich i aktualnych upokorzeń”. W Unii Europejskiej nie możemy na przykład pogodzić się z niemieckim dyktatem i podbojem ekonomicznym.

Narodowo-konserwatywny język władzy jest znany ludowi polskiemu od dziesięcioleci. Dlatego jest skuteczny – twierdzi Chwin. – Polska była przygotowana na przejęcie władzy przez partię narodowo-konserwatywną już w latach 30. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]