POLITYKA

Piątek, 28 lipca 2017

Polityka - nr 6 (3097) z dnia 2017-02-08; s. 29-31

Społeczeństwo

Elżbieta Turlej

Ciało i sprawiedliwość

Chirurg wystukuje na telefonie numer komórki pacjenta. Mówi: pakuj się, mamy dla ciebie rękę. I tak w polskim szpitalu doszło do rewolucyjnej operacji.

W szkole i na podwórku był „tym Piotrkiem bez lewej dłoni”, co to zamiast palców ma kikut z pięcioma wypustkami. Ewelina, jego młodsza siostra, pamięta, że kiedy „szli na Zamość”, łapała go za tę – jak mówi – rączkę. Byle nikt nie widział, nie wyśmiewał, nie komentował. Niewiele to dawało, więc nauczył się bronić. Rosły i silny bił tych, którzy się wyśmiewali. Zimą chodził w za dużych koszulach, z jednym rękawem zasłaniającym kikut. Wiosną chował rączkę w kieszeni. W końcu przestał się ukrywać, a ludzie przywykli.

Ale Ewelina nie rozumiała, dlaczego właśnie na niego padło? Różne były wyjaśnienia. Lekarze mówili: amelia kończyny górnej. Brak kości, zamiast palców konglomerat tkanek miękkich ruchomych w obrębie kikuta. Wada wrodzona, nic z tym nie można zrobić. Ksiądz wyjaśniał: takie są wyroki boskie. Lepiej z nimi nie dyskutować, tylko przyjąć z pokorą, żyć dalej. Koledzy z podstawówki, liceum, a potem ekonomii przekonywali: mimo że nie ma dłoni, dla nich jest swój. Równy.

– Bo w niczym nie odstawał – mówi jego przyjaciółka z Zamościa, Anka. – Jako pierwszy zrobił prawo jazdy. Jeździliśmy razem w góry, pod namiot. Raz skaleczyłam się i błyskawicznie zrobił mi opatrunek. Bandaż zawiązał na kokardkę. Kiedy otworzyli siłownię, zapisał się, jak my wszyscy. Na kikut zakładał zrobioną przez siebie nakładkę z hakiem przyspawanym do płaskownika. Dzięki temu mógł podnosić ciężary. – Złota rączka – dodaje dyrektor Muzeum Zamojskiego, w którym Piotrek jest referentem. – Wszystko umiał zrobić: od naprawy ekspresu do kawy po skręcenie kabla internetowego. Zapominałem, że nie ma dłoni.

Mimo to, jak zauważa Ewelina, niby był swój i równy, ale gorszy. Na weselach i chrzcinach żartował i obtańcowywał – trzymając kikutem w pasie – wszystkie dziewczyny, ale nie miał do nich śmiałości. Powtarzał, że gdyby miał rękę, może któraś spojrzałaby na niego jak na mężczyznę. Kiedy w połowie listopada Anka usłyszała w „Faktach” TVN, że Uniwersytecki Szpital Kliniczny we Wrocławiu będzie przeszczepiał kończyny górne, natychmiast do niego zadzwoniła. Już wiedział. Szukał w internecie informacji o dr. Adamie Domanasiewiczu, który mówił w telewizji o nowym rozdziale we wrocławskiej transplantologii. Następnego dnia zadzwonił, że chce być biorcą ręki od zmarłego dawcy.

Ręka to człowieczeństwo

Prof. Piotr Szyber, kierownik Kliniki Chirurgii Naczyniowej, Ogólnej i Transplantacyjnej, przyznaje, że ręka decyduje o człowieczeństwie. Najlepiej ze wszystkich narządów odbiera bodźce mózgowe. Dzięki niej różnimy się od innych ssaków. Co roku ktoś w wypadku ją traci albo się bez niej rodzi, ale przeszczepy wykonuje się niezmiernie rzadko. Na całym świecie do tej pory przeszczepiono 130 kończyn górnych. W Polsce, w szpitalu w Trzebnicy – dziewięć.

W sześciu przypadkach (transplantacja obu rąk, przedramion, całych kończyn) operował dr Adam Domanasiewicz. Uważany przez przeszczepionych za Boga, przez przełożonych i współpracowników bywał traktowany jako zło konieczne. Narzekali, że jest wybuchowy, źle znosi zależność od innych, zdarzają mu się konflikty z pielęgniarkami. On sam przyznawał, że jest pozbawiony inteligencji emocjonalnej. Wolałby, żeby inni jak wyznawcy szli za nim, tymczasem musi ich popychać. – Kiedy dowiedziałem się, że postawił się władzom miasta (protestował przeciwko restrukturyzacji szpitala i zamianie umów na śmieciówki) i dostał wypowiedzenie, od razu ściągnąłem go do nas – mówi prof. Piotr Szyber. 

Jedni dopatrują się w jego zwolnieniu zrządzenia losu, bo nikt lepszy nie mógłby się trafić startującej we Wrocławiu transplantologii ręki. Inni szukają – głównie w anonimowych, internetowych komentarzach – kary za to, że po 25 latach pracy uwierzył, że jest ponad wszystkimi. Jeszcze inni cieszą się, że jego natychmiastowe sukcesy we Wrocławiu utarły nosa tym, którzy się go pozbyli.

Sam Domanasiewicz nie umie szukać ukrytych sensów. Codziennie o szóstej rano startuje z Trzebnicy do Wrocławia i, jak mówi, robi to, co do niego należy. Na przykład przyszywa palce oderwane przez petardę. W Warszawie, skąd przysłali pacjenta, powiedzieli, że po 12 godzinach od wypadku się nie uda. Jemu się udaje. Po kilku dniach pacjent porusza palcami i mówi o cudzie. Kilka tygodni później bada mężczyznę z odmrożonymi stopami. Inni mówili: martwica czwartego stopnia, jedyne wyjście to amputacja poniżej kolana. On obcina do wysokości stawu skokowego, w miejsce amputacji przeszczepia mikrochirurgicznie skórę, mięśnie, naczynia, nerwy pobrane z ud i pleców pacjenta. Mężczyzna ze specjalną wkładką ortopedyczną może ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]