POLITYKA

Wtorek, 17 października 2017

Polityka - nr 10 (12) z dnia 2017-10-04; Niezbędnik Inteligenta. 2/2017. Postczłowiek; s. 24-28

Historia, filozofia, religia

Jan Hartman

Ciemne strony lepszej wersji

Wchodząc w epokę transhumanizmu, gdzie coś lepszego niż człowiek nie jest już tabu, warto przeanalizować dzieje ulepszania rodzaju ludzkiego nazwanego eugeniką.

Marzenia o mechanicznych istotach i innych frankensteinach z pewnością ugruntowały ludzką gotowość na wielką, medycznoinżynieryjną przygodę z poprawioną wersją Homo sapiens. Jednak o wiele bardziej realnym doświadczeniem w tym zakresie była eugenika – szeroko zakrojony, międzynarodowy system działań polityczno-administracyjnych na rzecz kontroli urodzeń, zapobiegania mnożeniu się „niepożądanego elementu”, zdrowotności genetycznej społeczeństwa i czystości rasy.

Bilans jej stulecia, zakończonego w latach 60., jest zdecydowanie negatywny. A to sprawia, że z niepokojem myśli się o eksperymentach zmierzających do takich rewolucyjnych zmian, jak programowanie pożądanych cech psychofizycznych poprzez manipulacje genetyczne i selekcję zarodków w technologicznie wspomaganej prokreacji (in vitro), wzmacnianie organizmu i zmysłów człowieka przez wprowadzanie w jego ciało substancji „dopingujących”, nanorobotów i innych urządzeń czy integrowanie mózgu z zasobami globalnej sieci informacyjnej poprzez wszczepiane w układ nerwowy procesory i nadajniki.

Wszystkie te technologie, znane w literaturze bioetycznej pod zbiorczą nazwą human enhancement (ulepszanie człowieka), niosą ze sobą zagrożenia cywilizacyjne, których skali i znaczenia nie można nawet dobrze oszacować. Jak będzie wyglądał świat, w którym większość ludzi będzie miała tylko swoje śmiertelne ciała, a niektóre osobniki (stworzone nie tylko na bazie człowieka, lecz także być może zwierząt i robotów) zostaną wyposażone w nieporównanie większe zdolności poznawcze, intelektualne i emocjonalne, a ponadto będą korzystać z możliwości nieograniczonej regeneracji tkanek i wymiany części, odsuwając swą śmierć praktycznie w nieskończoność?

Z pewnością będzie to świat dla zwykłych, „analogowych” ludzi frustrujący i niesprawiedliwy. Trzeba coś z tym zrobić, zdając sobie przy tym sprawę, że chowanie głowy w piasek, rzucanie humanistycznych zaklęć oraz szermowanie zakazami niewiele pomoże. Rewolucji transhumanistycznej nie da się powstrzymać – można jedynie starać się kontrolować jej przebieg i minimalizować szkody. Szukając sposobów nadzorowania nowych narzędzi medyczno-inżynieryjnych, trzeba mieć na uwadze realia. A one są takie, że wszystkie technologie będą wykorzystywane – legalnie lub nie.

Doświadczenia z eugeniką, nawet jeśli nie wyłącznie nikczemne, to dobra szkoła i przygotowanie do refleksji nad tym, co czeka ludzkość. Bioetycy i inni intelektualiści dyskutują o tym od dawna, a książki poświęcone tej tematyce – np. wydana w 2015 r. „Homo Deus. A Brief History of Tomorrow” izraelskiego historyka Yuvala Noaha Harariego – osiągają ogromne nakłady. Pisząc o historii fenomenu kulturowego, który budzi z perspektywy współczesności lęk i odrazę, łatwo jednak popaść w pułapkę anachronizmu.

Walka i miłosierdzie

Początki prawnie uregulowanej eugeniki sięgają starożytności. W wielu ówczesnych rozwiniętych kulturach, również np. w greckiej Sparcie, państwo kontrolowało rozrodczość, a ułomne noworodki uśmiercano. W elitach społecznych wielu krajów i epok funkcjonowały zalecenia co do właściwego doboru żon z punktu widzenia zdrowia i udatności spodziewanego potomstwa. I dzisiaj spotkać można ludzi zastanawiających się, jakie będą dzieci z planowanego związku. Czy powinniśmy ich za to winić? Niestety, również głodzenie lub zabijanie niechcianych dzieci, praktykowane w całym świecie od czasów prahistorycznych, nie jest obce naszej epoce. Choćby w Chinach z tego powodu wciąż jest o wiele więcej mężczyzn niż kobiet.

Jednak eugenika w znaczeniu, o które nam tutaj chodzi, jest zjawiskiem i ideą na wskroś nowoczesną. W czasach, gdy ją wymyślono i promowano, dyskryminacja społeczna i nierówności klasowe były wciąż czymś powszechnym, a paternalistyczne i protekcjonalne traktowanie niższych warstw społecznych, „kolorowych” czy „ludności kreolskiej”, nie mówiąc już o ludziach, których dziś nazywa się niepełnosprawnymi, było czymś naturalnym. Myślano wówczas co najwyżej o miłosierdziu dla biednych i chorych, nie zaś o ich prawach. Stulecie eugeniki przypadło na czas, kiedy etyka społeczna liberalnego Zachodu była dopiero postulatem najbardziej postępowych filozofów i pisarzy. Skądinąd negatywne doświadczenie kulturowe z eugeniką bardzo tej ewolucji moralnej dopomogło.

Eugenika wyrosła na gruncie fałszywej teorii dziedziczenia cech nabytych Jeana-Baptiste Lamarcka (1744–1829), ewolucjonizmu Karola Darwina (1809–82) i prób przeszczepienia pojęć walki o byt oraz doboru naturalnego na grunt społeczny (tzw. darwinizm społeczny). Sądzono, że skoro społeczeństwo ludzkie, jak cała przyroda, podlega prawom doboru naturalnego, ewentualnie zakłóconym przez obyczaj i cywilizację, to należałoby te procesy objąć kontrolą – racjonalną i etyczną. Lepiej wszak, aby społeczeństwo nie było dżunglą.

„Należy zastąpić dobór naturalny innym procesem – bardziej miłosiernym, a nie mniej efektywnym; ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]