POLITYKA

Poniedziałek, 27 marca 2017

Polityka - nr 10 (3101) z dnia 2017-03-08; s. 26-29

Społeczeństwo / Co po PiS? Raport

Joanna CieślaEdwin Bendyk

Co dalej z edukacją?

Czy kiedy (kiedy?) PiS już odda władzę, należy przywrócić gimnazja, znowu zmienić szkolne programy, odwzorować stan sprzed oświatowej reformy minister Zalewskiej? Czy też pogodzić się ze zmianami i jedynie udoskonalić pozostawiony system? Temu problemowi poświęcamy drugi odcinek naszego publicystycznego cyklu pod hasłem „Co po PiS”.

Rząd nie zamierza ustąpić przed naciskami i wdraża zmiany w systemie oświaty. Na razie nie sposób całościowo ocenić projektu reformy, bo ciągle brakuje kluczowych jej elementów, jak choćby podstaw programowych dla liceów. Fragmenty już ogłoszone (w tym podstawy programowe dla szkół podstawowych) wywołują krytykę gremiów eksperckich. Najbardziej jednak brakuje odpowiedzi na pytanie o inny niż polityczny sens proponowanych zmian. Wiadomo tylko, że polska szkoła wkracza w okres chaosu. Fakt: zapowiedzianego. Likwidacja gimnazjów i obowiązek szkolny od siódmego, a nie od szóstego roku życia należały do głównych obietnic wyborczych PiS. Obietnice te realizuje przyjęte w grudniu 2016 r. nowe prawo oświatowe likwidujące dotychczasowy system edukacyjny.

Czy jest czego żałować?

Za zmianą systemu oświaty z 1999 r., związaną z przekazaniem prowadzenia szkół samorządom, stało założenie, że podstawówek jest zbyt dużo, by można było skontrolować jakość ich wszystkich. – Twórcy reformy uznali, że potrzebna jest konsolidacja – przeniesienie dzieci po pierwszym etapie edukacji z terenów i ze środowisk zagrożonych wykluczeniem do większych ośrodków – przypomina dr hab. Mikołaj Herbst z Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych UW i Instytutu Badań Edukacyjnych. W tych większych szkołach – gimnazjach – łatwiej było zatrudnić nauczycieli o porządnym eksperckim przygotowaniu, wyposażyć pracownie przedmiotowe. Chodziło o zniwelowanie barier społecznych i wyrównanie szans. Temu też miało służyć wydłużenie kształcenia ogólnego o rok – w sześciu klasach podstawówki i trzech klasach gimnazjum.

Uruchomiono system egzaminów zewnętrznych, by zobiektywizować wyniki osiągane przez uczniów i uniezależnić je od wpływu pracujących z nimi nauczycieli. Wynik egzaminu gimnazjalnego przewidziano jako jedno z kryteriów branych pod uwagę przy ubieganiu się o miejsce w szkole ponadgimnazjalnej. Zaprojektowano też nową formułę dla matury, będącej automatyczną przepustką na studia. Podchodzić do tego egzaminu można było w liceach ogólnokształcących lub liceach profilowanych, które zajęły miejsce techników i miały otwierać zarówno drogę na uczelnie wyższe, jak i przygotowywać do pracy. Oprócz tego działały zasadnicze szkoły zawodowe. Ten nowy system od początku budził wiele kontrowersji i wątpliwości.

Pojawiały się głosy, że rozdzielenie kształcenia ogólnego na sześć lat plus trzy może – tyle że w innym miejscu – tworzyć szczelinę prowadzącą do społecznego rozwarstwienia. Te obawy częściowo się ziściły, zwłaszcza w większych miastach, gdzie żywiołowo powstawały gimnazja oferujące ekstraofertę edukacyjną (najczęściej więcej godzin języków obcych w ramach szkół dwujęzycznych). Nauka w prestiżowym gimnazjum stała się osiągalna tylko dla uczniów, którzy przeszli dodatkową selekcję. – Zainteresowani tworzeniem elitarnych szkół byli i rodzice z klasy średniej, i personel szkół, dążący do zapewnienia sobie pewności zatrudnienia. Zabrakło siły, która by skutecznie powiedziała: „Uwaga, to zagraża spójności społecznej” – ocenia prof. Roman Dolata z Wydziału Pedagogicznego UW i IBE.

W szkołach podstawowych i gimnazjach na lata jednym z najistotniejszych punktów odniesienia stały się wyniki egzaminów, ustawiające ranking placówek. Uruchomiło to zarzuty testomanii i/lub nauki pod testowy klucz, kształtowania w szkołach patologicznego indywidualizmu zamiast troski o autentyczny rozwój dzieci. Do słownika weszło pojęcie „przemoc gimnazjalna” jako skutek zgromadzenia w szkole młodzieży w tzw. trudnym wieku. Okazało się na tyle chwytliwe, że w potocznym myśleniu wciąż funkcjonuje jako uzasadnienie dla wdrażanej przez PiS reformy. Ten akurat zarzut okazał się chybiony: od lat przemoc jest większym problemem w ostatnich klasach podstawówki niż w gimnazjach. Jednocześnie, dzięki wsparciu funduszami unijnymi, gimnazja udało się świetnie wyposażyć, a często postawić od zera nowoczesne budynki. Według Związku Miast Polskich wybudowanie i utrzymanie gimnazjów kosztowało ok. 130 mld zł. 

Zabrakło jednak wykończenia systemu. Mimo upływu lat wciąż nie było spójnego systemu wsparcia psychologicznego, pedagogicznego (także dla nauczycieli), źle działało doradztwo zawodowe. Choć gimnazja teoretycznie muszą je zapewniać, robiły to rzadko.

Najczęściej przywoływanym dowodem na sukces wprowadzonego w 1999 r. systemu były wyniki polskich 15-latków w międzynarodowych badaniach PISA. Z edycji na edycję uczniowie radzili sobie lepiej – aż do ostatniej, w której ta tendencja się zachwiała.

Największym niewypałem reformy z 1999 r., firmowanej przez ministra Mirosława Handkego, okazały się licea profilowane. – Pomysł, żeby w trzy lata przekazać wykształcenie ogólne, umożliwiające zdanie matury i jednocześnie przygotować do jakiegokolwiek zawodu, był niedobry – krytykuje Jolanta Kosakowska, dyrektor ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]