POLITYKA

Sobota, 1 października 2016

Polityka - nr 21 (2555) z dnia 2006-05-27; s. 80-81

Nauka / Lingwistyka

Krzysztof Szymborski

Co masz na języku?

Niektórzy lingwiści twierdzą, że język, którym mówimy, decyduje o tym, co jesteśmy w stanie pomyśleć i dostrzec. Jeśli nie mamy słowa daną rzecz opisującego, rzecz ta dla nas nie istnieje.

Znany amerykański psycholog Richard Nisbett odbył przed paru laty ciekawą konwersację ze swym chińskim doktorantem. Student ów, Kaiping Peng, dziś profesor psychologii kulturowej w Berkeley, zwrócił się do swego promotora z dość enigmatycznym stwierdzeniem: „Wie pan, my dwaj różnimy się tym, że ja wyobrażam sobie świat jako okrąg, a pan myśli o nim jak o linii prostej”. Peng miał na myśli to, że Chińczycy wierzą, iż rzeczywistość ulega ciągłym przemianom, ale powraca jednak do pewnego stanu wyjściowego. Chcąc ją zrozumieć, zwracają oni uwagę na wiele rozmaitych zdarzeń i faktów, poszukując ich wzajemnych powiązań. Natomiast ludzie wychowani w kulturze zachodniej żyją w prostszym, bardziej deterministycznym świecie. Koncentrują swą uwagę na znaczących przedmiotach lub osobach, a nie na obrazie całości. Sądzą, że są w stanie kontrolować wypadki, znając prawa i reguły rządzące zachowaniem poszczególnych przedmiotów.

Nisbett był na tyle zaintrygowany tą obserwacją, że postanowił kwestię kulturowych odmienności w widzeniu świata poddać wnikliwej analizie. Efektem tego jest książka „The Geography of Thought: How Asians and Westerners Think Differently... and Why” (The Free Press, 2003). („Geografia myśli: Jak odmiennie myślą Azjaci i ludzie Zachodu...i dlaczego”). Dowodzi w niej, że Azjaci i Europejczycy żyją w zupełnie odmiennych światach! Czy jeden jest okręgiem, a drugi linią prostą – to inna sprawa, wkraczająca w sferę przydatności metafor, które w różnych kulturach są, rzecz jasna, różne.

Nisbett nie poruszał się w swychbadaniach po terenie dziewiczym – debata nad tym, jak głęboko różnice kulturowe wpływają na nasz sposób myślenia i widzenia, ma długą historię. Jej centralnym motywem była rola, jaką w naszym wyobrażeniu o świecie spełnia język. Niektórzy lingwiści twierdzili wręcz, że język, którym mówimy, decyduje o tym, co jesteśmy w stanie pomyśleć i dostrzec. Jak wyraził to żyjący na początku XIX w. wybitny niemiecki filolog Wilhelm von Humboldt, „człowiek żyje w świecie takim, jaki generalnie – powiem więcej, wyłącznie – prezentuje mu język, jakim się posługuje”. Jeśli nie mamy słowa daną rzecz opisującego, rzecz ta dla nas nie istnieje.

Przekonanie o magicznej roli języka jako twórcy rzeczywistości powróciło w XX w. w postaci tak zwanej hipotezy Sapira-Whorfa – dwojga nazwisk, jak przystało na ideę będącą dzieckiem pary amerykańskich lingwistów, Edwarda Sapira i jego studenta Benjamina Whorfa. Powołując się głównie na badania dotyczące języków amerykańskich tubylczych plemion Hopi i Eskimosów słynna ta hipoteza głosiła, że struktura gramatyczna i leksykografia ich języków narzucała im radykalnie odmienne widzenie świata. W przypadku Eskimosów miał to być świat bogaty w najrozmaitsze odmiany śniegów, które dla Europejczyka niczym się od siebie nie różnią. Inny był eskimoski śnieg leżący na ziemi (aput), inny wciąż unoszący się w powietrzu (qana), inny jeszcze – wśród paru tuzinów – miał być śnieg szczególnie dobry do budowy igloo (auviq). Co do Hopi, to Sapir i Whorf – mylnie, jak twierdzą ich krytycy – w ich języku dopatrzyli się podstaw całkowicie odmiennej od europejskiej, specyficznej percepcji czasu.

Hipoteza Sapira-Whorfa przechodziła zmienne koleje losu, raz odrzucana i zapominana, raz modna w pewnych lingwistycznych kręgach. Ostatnio znów wiele się o niej słyszy. Z jednej strony, stała się teoretyczną inspiracją dla architektów „politycznie poprawnej mowy”, głęboko przekonanych, że używając właściwych, pozbawionych wartościującej stygmy słów w stosunku na przykład do historycznie dyskryminowanych grup ludzi, będziemy też o nich myśleć z większym respektem i życzliwością. Nie będzie już wśród nas „Negrów” czy „Czarnych”, lecz jedynie pełni godności i unikatowych wartości kulturowych „Afroamerykanie”. Nawet „dżungla” z jej negatywnymi konotacjami (vide „asfaltowa dżungla” czy „prawo dżungli”) dla orędowników ochrony naturalnego środowiska stała się „lasem deszczowym”. Z drugiej strony, od czasu lingwistycznej rewolucji, zapoczątkowanej w latach 50. przez twórcę koncepcji gramatyki transformacyjno-generatywnej Noama Chomsky’ego, dla wielu jego zwolenników hipoteza Sapira-Whorfa była przedmiotem szyderstwa i chłopcem do bicia.

Znany polskim czytelnikom Steven Pinker pogląd Sapira-Whorfa stanowczo odrzuca twierdząc, że choć języki bardzo się między sobą różnią, nie są one twórcami rzeczywistości, lecz – wręcz przeciwnie – jej odbiciem. Jeśli jakieś pojęcie staje się nam przydatne (np. „smog”, będący mieszaniną dymu – „smoke&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]