POLITYKA

Piątek, 26 maja 2017

Polityka - nr 47 (3086) z dnia 2016-11-16; s. 13-15

Temat tygodnia

Marek OstrowskiTomasz Zalewski

Co się stanie?

Doradcy Donalda Trumpa uspokajają, że lepiej nie brać dosłownie wszystkiego, co zapowiadał przed wyborami. Ale dzwonki alarmowe słychać na całym świecie.

Trump przyrzekł, że „osuszy bagno w Waszyngtonie” i wprowadzi zakaz lobbingu przez oficjeli ustępujących z rządu. Ciekawe jak? Przecież to zależy od Kongresu, a w otoczeniu miliardera roi się od lobbystów korporacji. Trump prowadził kampanię wyborczą w opozycji do establishmentu własnej Partii Republikańskiej (GOP). W ostatniej chwili jej prominenci wskoczyli do pociągu Donalda. Wygrali razem z nim, a w dodatku partia utrzymała większość w obu izbach Kongresu. Wzmacnia to pozycję kierownictwa GOP wobec kapryśnego zwycięzcy, mającego za sobą masy zbuntowane przeciw elitom. Bunt mas pójdzie dalej? Elity skapitulują?

Na wiecach Trumpa najgłośniej wiwatowano, kiedy zapowiadał, że zbuduje mur na granicy z Meksykiem, zarządzi deportacje nielegalnych imigrantów i założy szlaban dla przybyszów z krajów muzułmańskich. I nazajutrz po wyborach prezydent elekt politykę imigracyjną wymienił wśród swoich priorytetów.

Jednak deportacja 11 mln jest nierealna. Mur, długi na 3145 km, kosztowałby tyle, że Kongres nie zgodzi się na taki wydatek. Meksyk za niego nie zapłaci. Zmiana systemu imigracyjnego wymaga ustawy Kongresu, która nie przejdzie, bo republikańska większość w Senacie (51–48) nie wystarczy do przełamania blokady, którą założą demokraci. Ale Trump zniesie – wprowadzony dekretem przez prezydenta Obamę – program ochrony przed deportacją 700 tys. imigrantów przybyłych do USA nielegalnie jako dzieci towarzyszące rodzicom. Ignorując Kongres, uniemożliwi przyjazd uchodźcom z Syrii.

Może też wprowadzić system zapobiegania nielegalnemu przedłużaniu pobytu w USA. W dalszym etapie zmodyfikuje program imigracji legalnej, aby kryterium łączenia rodzin zastąpić kryterium kwalifikacji. Ma to niby zapewnić, że Latynosi nie będą odbierać pracy Amerykanom. Po uszczelnieniu granicy mieszkańcy południowych stanów poczuliby się bezpieczniej, ale rolnictwo, budownictwo i inne sektory gospodarki stracą tanich pracowników. Zapłacą za to konsumenci, ceny produktów i usług poszłyby w górę.

Za bardzo nie myślał

Społeczne skutki zapowiedzi budowy murów są już odczuwalne. Muzułmanie zaczynają się pakować, a Latynosi demonstrują na ulicach przeciw wynikowi wyborów. Imigranci broniący się przed deportacją znajdowali dotąd ratunek w sądach. Ale Trump, przy pomocy republikanów w Kongresie, obsadzi sądy federalne konserwatywnymi sędziami, którzy będą orzekać zgodnie z duchem amerykańskiej dobrej zmiany.

Czy Trump ukarze podatkami korporacje przenoszące swe zakłady za granicę i „sprowadzi z powrotem” miejsca pracy do kraju? Nie wydaje się prawdopodobna zgoda Kongresu (podatki); zresztą zatrudnienie w przemyśle spada nie tylko w wyniku globalizacji, lecz i automatyzacji. Trump – obrońca ludzi pracy – zapewnia, że jego program przyspieszy wzrost PKB do 4–5 proc. rocznie i stworzy 25 mln nowych miejsc pracy. Mało kto w to wierzy; jego plan to w istocie nowa wersja neoliberalnej ekonomii wmawiającej ludziom, że przypływ uniesie w górę wszystkie łodzie. Ameryka przerabiała to już za rządów ostatnich republikańskich prezydentów: Reagana i Bushów. I nierówności dochodów systematycznie rosły, łagodzone tylko redystrybucyjną polityką demokratów: Clintona i Obamy.

Ponieważ planowane cięcia podatkowe Trumpa – który ku radości GOP zamierza jednocześnie zwiększyć nakłady na zbrojenia – będą wymagały redukcji wydatków na pomoc dla najbardziej potrzebujących, realizacja jego programu zapowiada drastyczne pogłębienie i tak rosnącej przepaści między bogatymi a biednymi i dalsze kurczenie się klasy średniej. Grozi to eskalacją napięć społecznych i rasowych na skalę nieznaną w USA od dziesięcioleci.

Tym bardziej że Trump, znowu w zgodzie z GOP, zapowiadał likwidację Obamacare, reformy ubezpieczeń zdrowotnych, która miała zapewnić je wszystkim Amerykanom. Mimo jej słabości zmniejszyła ona liczbę nieubezpieczonych prawie o połowę. Ponowne pozbawienie polis 20 mln ludzi może ich, w razie choroby, wtrącić w nędzę. Dlatego po rozmowie z Obamą Trump zapowiedział, że pozostawi część przepisów reformy, jak zakaz odmawiania przez firmy ubezpieczeniowe sprzedaży polis osobom chorym. Obiecał, że nie pozostawi ludzi w luce między odwołaną Obamacare a swoim nowym systemem, ale jak to ma wyglądać – nie wiadomo.

W kampanii zapowiadał, że powoła specjalnego prokuratora dla Hillary Clinton, a nawet groził jej więzieniem. Zapytany o to teraz odpowiedział, że „za bardzo o tym nie myślał”, bo skupia się na innych kwestiach, jak „miejsca pracy, kontrola granic i reforma podatków”.

W swych najważniejszych punktach program gospodarczy Trumpa zgodny jest z kanonami Reaganowskiego republikanizmu. Prezydent elekt chce obniżyć podatki od korporacji (CIT) z 35 do 15 proc., odchudzić biurokrację federalną i wyeliminować regulacje krępujące biznes oraz restrykcje na emisje gazów cieplarnianych. Zapowiada jednocześnie, że utrzyma w stanie nienaruszonym federalne fundusze: emerytalny i ubezpieczeń zdrowotnych dla osób starszych (Social Security i Medicare), chociaż część GOP chciałaby je okroić. Obiecuje też ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]