POLITYKA

Czwartek, 17 sierpnia 2017

Polityka - nr 31 (3121) z dnia 2017-08-02; s. 32-33

Społeczeństwo

Grzegorz RzeczkowskiMichał Wieczorek

Cyberbomba w trawie

Masowym protestom w obronie sądów towarzyszyła wojna informacyjna w sieci. Z najgłośniejszą, ale nieudolną próbą przeciągnięcia opinii publicznej na stronę rządu – odwołaniem się do astroturfingu.

Nie ma chyba słowa, które zrobiłoby w ostatnim czasie większą karierę niż astroturfing. Kulminacja tej kariery nastąpiła, gdy pojawiło się w programie „Woronicza 17” TVP Info w niedzielny poranek 23 lipca, a więc dzień przed prezydenckim wetem, w szczycie protestów przeciwko ustawom demolującym polski system sądowniczy. Za sprawą prowadzącego, bliskiego PiS, Michała Rachonia.

Już wcześniej astroturfing był jednym z najgorętszych tematów w serwisach społecznościowych. PiS się do niego odwołał, oskarżając opozycję o to, że za pomocą założonych za granicą kont społecznościowych sprowokowała antyrządowe wystąpienia. „Polska jest dzisiaj celem zmasowanej akcji dezinformacyjnej ze strony środowisk opozycyjnych. Te cyberataki to tak naprawdę ataki na politykę polskiego rządu”grzmiał w „Woronicza 17” poseł PiS Jacek Sasin, sugerując, że za atakami stoi największy wróg europejskiej prawicy miliarder George Soros.

Temat podjęli inni politycy PiS. Sugestie o zorganizowanej akcji prowadzonej z zagranicznych kont społecznościowych podgrzewał na Twitterze m.in. Paweł Szefernaker, jeden z doradców medialnych premier Szydło. „Wiadomości” poświęciły astroturfingowi aż sześciominutowy materiał w niedzielnym wydaniu, zapowiadając go tytułem „Wojna hybrydowa z Polską”. A na antenie TV Trwam minister obrony Antoni Macierewicz o wspieranie „ataku hybrydowego” na Polskę oskarżył... Zachód.

O co w tym chodzi?

Sam termin astroturfing na świecie znany jest od lat – powstał jako gra słów z anglojęzycznym wyrażeniem grassroots, które określa wszelkie oddolne działania skupione na lokalnych społecznościach. Astroturfing, pochodzący od nazwy producenta sztucznej trawy, jest określeniem na korporacyjne działania podszywające się pod oddolne inicjatywy. Jedną z jego form jest tzw. marketing szeptany. Odpowiadają za niego wyspecjalizowane agencje, które publikują np. pozytywne oceny produktów. Astroturfingem miały być także – w ocenie części prasy i internautów – lipcowe protesty, które zgromadziły kilkadziesiąt tysięcy Polaków i przynajmniej częściowo przyczyniły się do zawetowania przez prezydenta ustaw o zmianach w Sądzie Najwyższym.

Pierwsze wzmianki o tym, że za protestami mogą stać profesjonalni marketingowcy, wspomagani pieniędzmi międzynarodowych korporacji oraz George’a Sorosa, pojawiły się przed 20 lipca. A 22 lipca termin astroturfing stał się jednym z najpopularniejszych haseł na Twitterze.

Sama ta akcja sprawia jednak wrażenie wyjątkowo nieprofesjonalnego astroturfingu. Tweety zaczęły się pojawiać 22 lipca o 21 i w ciągu godziny wysłano ich kilkanaście tysięcy. W szczytowym momencie tweetowano o astroturfingu ponad 30 razy na minutę. Dla porównania w tym samym czasie hasztag #wolnesądy pojawiał się ponaddwukrotnie rzadziej. Jednak już po kilku godzinach dynamika osłabła i nie wróciła do poprzedniego poziomu, tymczasem częstotliwość użycia hasztagu #wolnesądy wyraźnie rosła za każdym razem, gdy trwały protesty, a tweety nim oznaczone pojawiały się regularnie również poza godzinami manifestacji.

– Nie ma wątpliwości, że akcja z weekendu 21–23 lipca była prowokacją obliczoną na podgrzanie sporu politycznego w Polsce. I to na dwóch poziomach – twierdzi dr Dominik Batorski, socjolog internetu z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego.

Mogła mieć na celu delegitymizację protestów przeciwko reformie sądownictwa jako oddolnego ruchu i powiązanie ich z zachodnimi, liberalnymi środowiskami, według obecnej władzy wrogimi Polsce. W konsekwencji jednak ośmieszyła także polityków i media związane z obozem rządzącym, gdy wyszło na jaw, że sama akcja przestrzegająca przed astroturfingiem jest przykładem tej metody. – Takie działania, nieudolne i oczywiste, nie wyglądają na dzieło profesjonalistów. Jestem sobie w stanie wyobrazić, że są dziełem przeciwników politycznych, by zdyskredytować drugą stronę sporu – dodaje prof. Dariusz Jemielniak z Akademii Leona Koźmińskiego. Dobrze przygotowany astroturfing jest w praktyce nieodróżnialny od działań organicznych (czyli spontanicznych, niewspomaganych płatnymi formami promocji), lepiej rozłożony w czasie i bardziej dyskretny.

Kto to podrzucił?

Cała ta przebiegająca w Polsce akcja była na tyle niedyskretna, że szybko zaczęła wzbudzać podejrzenia samych internautów. Aktywni na Twitterze dziennikarze, m.in. Bartosz Wieliński z „Gazety Wyborczej”, wytropili, że jako jeden z pierwszych hasztag #astroturfing wykorzystał w tym serwisie ten sam użytkownik, który opublikował słynne zdjęcie Ryszarda Petru z pokładu samolotu, gdy w towarzystwie Joanny Schmidt leciał do Portugalii. W kontekście ostatnich informacji o inwigilowaniu lidera Nowoczesnej przez policję podczas protestów przed Sejmem nabiera to zupełnie innego, dość ponurego znaczenia.

Szybko wyszło też na jaw, że w piątek, czyli dzień przed rozpoczęciem akcji z rozsyłaniem w sieci ostrzeżeń przed rzekomą astroturfingową akcją opozycji, przebywał w ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]