POLITYKA

Piątek, 24 marca 2017

Polityka - nr 11 (11) z dnia 2016-11-23; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 24. Rady na kłopoty ze sobą i innymi; s. 50-51

Ja. Co ze mną nie tak

Mirosław Konkel

Cyberchondria

Jak sieciowa „wiedza medyczna” wpędza ludzi w paniczny strach o swoje zdrowie

Jeśli chcecie przyspieszyć czyjąś śmierć, wynajmijcie mu lekarza osobistego” – radzi Nassim Nicholas Taleb, były trader, a dziś wykładowca inżynierii ryzyka na Uniwersytecie Nowojorskim. I dodaje, że to jedyna forma morderstwa całkowicie zgodna z prawem. Jego zdaniem dostęp do wiedzy medycznej zwiększa chęć wpływania na swoje zdrowie np. przez różne kuracje, diety czy farmakologię. I w ten sposób człowiek wpada w nakręcającą się spiralę lęku i zamartwiania się o swoje ciało. A prywatny lekarz, by udowodnić, że zasługuje na swoje wynagrodzenie, wykazuje się szczególną nadgorliwością. Robi szczegółowe badania, stawia budzące trwogę diagnozy, przepisuje mnóstwo lekarstw i umawia pacjenta na kolejne wizyty, zabiegi lub operacje. Czyż medykowi Michaela Jacksona nie zarzucono przesadnego reagowania na faktyczne lub wydumane dolegliwości króla popu?

Kiedy Taleb przestrzegał przed nieumiarkowaną medykalizacją i nadmierną opieką lekarską, umknęła mu jednak jedna kwestia: w erze wyszukiwarek internetowych jest jeszcze gorzej. Bo żaden człowiek w białym kitlu nie jest tak dostępny jak jego wirtualny odpowiednik – doktor Google. Dziś, zanim dana osoba umówi się na wizytę w ośrodku zdrowia, robi rekonesans w przepastnych zasobach World Web Wide (www). Portale medyczne, lifestylowe i z dziedziny wellness to niewyczerpane źródła informacji o chorobach, rokowaniach i metodach leczenia. Źródła, niestety, nader niepewne, a często także szkodliwe.

Ziarno wśród plew

A jednak przybywa osób, które opisane w internecie objawy chorobowe dopasowują do reakcji własnego organizmu. Zjawisko to nosi miano cyberchondrii. O tym nowym zaburzeniu neurotycznym pisze w książce „Cyberchoroby. Jak cyfrowe życie rujnuje nasze zdrowie” niemiecki psychiatra i neurobiolog Manfred Spitzer (znany z przede wszystkim z dyskutowanej na świecie od lat bestsellerowej książki „Cyfrowa demencja”).

Statystyki, które przytacza, nie pozostawiają złudzeń: pod kątem domniemanych dolegliwości strony www przeczesuje prawie 64 proc. internautów w Niemczech i 76 proc. w USA. Problem dotyczy także naszego kraju. Według Eurobarometru co najmniej raz w roku po informacje medyczne do internetu sięga trzy piąte dorosłych Polaków. Minimum raz w miesiącu robi to dwie piąte badanych.

„Podszyta lękiem niewiedza medycznego laika – stwierdza Spitzer – zderza się z elektronicznie pomnażanymi miliony razy prawdami, półprawdami i bzdurami, serwowanymi mu na ekranie w sposób bezkrytyczny i pozbawiony struktury przez wyszukiwarkę”. Czym to skutkuje? Cyberchondrycy leczą się na własną rękę metodami znalezionymi w sieci lub uprawiają swoistą turystykę zdrowotną – wędrują od przychodni do przychodni i od specjalisty do specjalisty, utrudniając dostęp do leczenia tym, którzy naprawdę tego potrzebują. Problem ma wymiar społeczny i ekonomiczny. Pacjent, u którego wykryto konkretną chorobę organiczną, kosztuje niemiecką służbę zdrowia średnio 3 tys. euro rocznie, hipochondryk – aż 9 tys. – szacuje prof. Winfried Rief z oddziału psychoterapii kliniki uniwersyteckiej w Marburgu.

Morbus Google rządzi!

Internet raczej nie wywołuje hipochondrii, a tylko nasila już istniejące skłonności – taki wniosek wysnuli inżynierowie Microsoftu Ryen W. White i Erica Horvitz, gdy opracowywali raport „Cyberchondria: Studies of the escalations of medical concerns in Web search”. Prof. Spitzer skłania się ku bardziej pesymistycznej tezie. Sieć może być także wyzwalaczem zaburzenia – twierdzi. Wiele osób nie wpadłoby w tę pułapkę, gdyby nie mogło w każdej chwili skonfrontować swoich obaw z niewiadomego pochodzenia wiedzą w mediach elektronicznych. Samodzielne analizy przed komputerem wywołują paniczny strach związany z chorobami, które wcale ich nie dotykają. Ów stan bywa określany jako morbus Google – od nazwy jednej z najpopularniejszych wyszukiwarek internetowych.

Jak wiadomo, choroby dzielą się na częste, dotykające milionów ludzi na świecie, oraz rzadkie, na które cierpi garstka osób i które zwykle są trudne do leczenia. Sęk w tym, że te same objawy nierzadko występują w obu rodzajach schorzeń. Wyobraźmy sobie, że człowiek ma gorączkę, odczuwa osłabienie i bóle mięśni. Zdrowy rozsądek podpowiada, że dopadła go zwykła grypa. Coś jednak nie daje mu spokoju, więc swoją amatorską diagnozę próbuje zweryfikować online. Kilka sekund po podaniu Google symptomów, ten wyświetla dziesiątki lub setki artykułów o sepsie.

Prawdopodobieństwo, że ból głowy jest objawem guza mózgu, jest bliskie zeru. Tymczasem – jak wykazały analizy sieci prowadzone w Microsofcie – właśnie taką jego przyczynę zasugeruje 26 proc. wyników wyszukiwania. 37 proc. pierwszych wyników po wpisaniu frazy „ból w klatce piersiowej” będzie zaś dotyczyło zawałów serca.

Maszyną do produkcji medycznego stresu są również technologie ubieralne (ang. wearables). Pod tą nazwą kryją się inteligentne zegarki, opaski na ręce, czujniki wszyte w odzież i bieliznę, które na bieżąco kontrolują parametry organizmu: puls i ciśnienie tętnicze, stopień wyprostowania kręgosłupa, temperaturę ciała czy liczbę kalorii spalanych podczas ruchu. Ale na tym użyteczność tych mikrogadżetów się nie kończy – w razie jakichkolwiek nieprawidłowości mogą wezwać karetkę pogotowia, określając dokładnie ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]