POLITYKA

środa, 18 października 2017

Polityka - nr 40 (3130) z dnia 2017-10-04; s. 56-57

Świat / Esej

Marek Ostrowski

Cywilizacja happy endu

Wszyscy tu stajemy się Amerykanami. Nie tylko używamy ich wynalazków, ale przejmujemy ich hasła i styl życia. Europa więdnie, lecz nie trzeba się tym smucić – twierdzi dawny rewolucjonista, francuski filozof Regis Debray.

To zwykły przypadek: Debray napisał ostatnią książkę „Cywilizacja. Jak staliśmy się Amerykanami” akurat w momencie, kiedy Francja – najbardziej z krajów europejskich leżąca politycznie i mentalnie na antypodach Ameryki – wybrała Emmanuela Macrona na prezydenta. A Macrona autor nazywa galloricain, to połączenie Gala z Amerykaninem. Dowód drobny, choć wymowny: zaraz po zaprzysiężeniu podczas śpiewania „Marsylianki” Macron trzymał dłoń na sercu, na modłę amerykańską.

Zdaniem Debraya Europa przestała określać swoją istotę i granice – tak przestrzenne, jak i duchowe. A powinna była znaleźć jakiś swój wyraz, reprezentację i sposób, by należycie prezentować się reszcie świata. Promieniować samodzielnie. Ograniczać się do wspólnego rynku to miałkie, żaden pomysł – kpi Debray. Zachód, choć trudno to pojęcie dokładnie zdefiniować, to co innego, to się narzuca samo przez się. I świat zewnętrzny wie, o co chodzi.

Zachód to jednak dziś Ameryka. Przewaga amerykańska jest dla wszystkich oczywista: to jedyne mocarstwo mające bazy wojskowe na wszystkich kontynentach i nawet symbol światowego sumienia – Organizacja Narodów Zjednoczonych – ma swą siedzibę na terytorium USA. Ale nie chodzi o siłę wojskową, tylko o różne postaci softpower – od coca-coli po potężną moc tworu nazywanego skrótem GAFA – od Google, Apple, Facebooka i Amazona – przyjętego dla całej wielkiej technologii. Nawet w dziedzinie duchowej – bo według badań 9 na 10 Amerykanów wierzy w Boga – Amerykanie wysuwają się przed Europejczyków. Ale ich Jezus jest inny niż w Europie, bliższy żartowi, że był pierwszym dobrym menedżerem: wybrał 12 osób z nizin społecznych i stworzył organizację, która podbiła świat. W Europie nie ma chrześcijaństwa bez męczenników. W kościołach amerykańskich Droga Krzyżowa jest rzadkością. Święci się Boga, śpiewając i tańcząc. Takie zmartwychwstanie bez męki, Wielkanoc bez Wielkiego Piątku, świt bez zmierzchu. To wprawdzie specyficzna, biblijno-patriotyczna odmiana duchowości, przymierze opatrzności i dolara, mieszanka hipernowoczesności naukowej z archaizmem metafizycznym (wszystko określenia Debraya), ale daje Ameryce dodatkowe punkty przewagi.

Od kiedy Europa przestała tworzyć cywilizację? Jeszcze w okresie międzywojennym eseiści francuscy z pogardą pisywali o Ameryce jako tytanie świata materialnego i lilipucie duchowym. Poeta Paul Valéry, filozof Husserl i Picasso należeli do ostatnich, którzy mogli stać się światowymi nazwiskami, nie stawiając stopy w USA. Debray przypomina dwie daty: 1919 r., kiedy Valéry napisał „La crise de l’esprit” (kryzys ducha), i 1996 r., w którym Samuel Hungtington wydał „Zderzenie cywilizacji”. Pierwszy uważał Europę za najcenniejszą część świata, mózg całego organizmu. Dla drugiego Europa osobna już nie występuje, jest cywilizacja zachodnia, a w niej dominująca Ameryka. Słowem, w 1919 r. istniała cywilizacja europejska i jej odmiana – kultura amerykańska, w 2017 r. mamy cywilizację amerykańską i jej wariant lub tylko naśladownictwo – kultury europejskie. Na szachownicy ten proces nazywamy roszadą, na polu walki – klęską, pisze Debray.

Autor najczęściej opisuje zmiany we Francji i milcząco przyjmuje je za ilustrację procesów w całej Europie. Wszystkie one z punktu widzenia wyrafinowanego intelektualisty dowodzą, że kraj schodzi na psy: ortografia języka francuskiego jest skomplikowana, ale w 2015 r. dziecko rodziców z klasy średniej robiło pięć razy więcej błędów niż dziecko robotnika w 1930 r. Europa kojarzyła się dawniej ze Słowem; na początku było Słowo. Dziś – pisze Debray – na początku staje Cyfra: rewolucja cyfrowa wszystkie zjawiska ujmuje w zapis numeryczny, data, a jeszcze lepiej big data są kluczem najlepszych metod. Homo economicus, głównie Amerykanin, zepchnął w tył homo politicus. Europejskie batalie wyborcze stały się bataliami na wskaźniki, satysfakcję obywateli z życia mierzy się liczbami po przecinku, nawet w naukach społecznych wartość artykułu wyznacza liczba cytowań w przeglądach – oczywiście anglojęzycznych, a miarą sukcesu dla powszednich zjadaczy chleba jest liczba polubień na Facebooku.

To przyszło z Ameryki, zdaje się mówić Debray. Bijącym sercem społeczeństwa jest dziś przedsiębiorstwo, i dyrektorzy liceum, szpitala czy muzeum najlepiej by postępowali, gdyby kopiowali zachowanie szefów przedsiębiorstw. „Wartość i wielkość stały się synonimami, powiedz, ile masz polubień, a powiem ci, ile jesteś wart” – pisze Debray. Więcej jeszcze. De Gaulle, wspominając o patronce Francji Joannie d’Arc, mówił o honorze pozostawania w biedzie, Nicolas Sarkozy zapowiedział, że będzie robił pieniądze. Francuzi pogodzili się z wielkimi fortunami, zaśpiewy vieux-catho, katolików w starym stylu, które przejmował dawny socjalizm, nie wytrzymały naporu powodzenia finansowego. Tabu pękło, nikt nie widzi grzechu w afiszowaniu się rolexami czy kabrioletami Maserati. Listę stu najbogatszych ogląda się z większą emocją niż listę Legii ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]