POLITYKA

środa, 26 lipca 2017

Polityka - nr 25 (3115) z dnia 2017-06-21; s. 16-18

Polityka

Jacek Żakowski

Czar starszych panów

Kiedyś ładni, gładcy, czyści, złotouści, energetyczni, młodzi. Teraz starzy, pomarszczeni, posapujący, zmęczeni. Ale znów potrzebni. Czy świat zbawią staruszkowie?

Rany boskie, ależ taki ageizm jest strasznie niepoprawny! Jednak wygląda na to, że 40- i 50-latków na czele świata zastępują 70-latkowie. Nie wiadomo jeszcze, czy jest to dobre czy złe, ale jest w tym sens.

Przynajmniej od początku XXI w. marudziliśmy, że polityka umarła, bo pożarł ją marketing polityczny oddający władzę tym, którzy telewizjom dają dobre „setki” i na billboardach mogą się estetycznie ścigać z reklamą bielizny. Martwiliśmy się, że mądrość i doświadczenie przestały się liczyć, bo kult witalnej młodości pozbawił je znaczenia.

Sądząc po metrykach wschodzących teraz politycznych gwiazd, w polityce Zachodu młodość okazała się przereklamowana, a może nawet rozczarowująca. Dokładnie 10 lat temu po latach rządzenia Partią Pracy i Wielką Brytanią na emeryturę przeszedł urodzony w 1953 r. Tony Blair. Teraz swoją wielką karierę na czele Partii Pracy, a po następnych wyborach może też na czele Wielkiej Brytanii, zaczyna Jeremy Corbyn – starszy o cztery lata od Blaira. Zostając premierem, Blair miał 44 lata. Jeśli Corbyn za cztery lata zostanie premierem, będzie miał przeszło 70 lat.

W USA urodzonego w 1961 r. Baracka Obamę zastąpił urodzony 15 lat wcześniej Donald Trump, który ostatecznie wygrał z młodszą o rok Hillary Clinton. Najpoważniejszym konkurentem Clinton i jedynym politykiem mogącym wygrać z Trumpem był Bernie Sanders urodzony 20 lat wcześniej niż Obama, którego miał szansę zastąpić. Gdyby szefowie Partii Demokratycznej nie stanęli murem za Clinton, to prezydentem Stanów Zjednoczonych byłby dziś zapewne mający 76 lat Sanders, a nie mający 71 lat Trump. Większość świata już chyba żałuje, że tak się nie stało, chociaż byłby on o sześć lat starszy niż Ronald Reagan, gdy obejmował urząd. A Reagan wydawał się już koszmarnie stary jak na prezydenta. Ale niewiele młodszy niż Sanders jest Alexander Van der Bellen (ur. 1944), weteran austriackich Zielonych, który po dramatycznej walce pokonał skrajną prawicę i został w ubiegłym roku prezydentem Austrii.

W Polsce po epoce Aleksandra Kwaśniewskiego (ur. 1951 r.) i Donalda Tuska (1957 r.) przyszła epoka Jarosława Kaczyńskiego (1949 r.). Kwaśniewski, obejmując władzę, miał lat 49. Kaczyński czekał na swoją chwilę niemal o dwie dekady dużej – gdy zaczął rządzić w Polsce, miał lat 67. Także po przeciwnej stronie zmiana generacyjna biegnie pod prąd pokoleń. Na czele KOD miejsce niespełna 50-letniego Mateusza Kijowskiego (1968 r.) zajął starszy o dwie dekady, prawie 70-letni, Krzysztof Łoziński (1948 r.).

Na takim tle sięgający po swoje życiowe szanse 60-latkowie – Theresa May (1956 r.) w Anglii czy Martin Schulz (1955 r.) w Niemczech – wydają się ludźmi w średnim wieku. A nieliczni wskakujący na podium 40-latkowie – Justin Trudeau (1971 r.) w Kanadzie czy Emmanuel Macron (1977 r.) we Francji – to już stanowiące krytyczny wyjątek złote dzieci współczesnej wielkiej polityki. Ale jeśli dobrze popatrzeć, te złote dzieci to bardzo starzy malutcy, którzy pod kluczowymi względami bardziej przypominają i nawiązują do politycznych dziadków niż do rodziców.

Staruszkowie nie wyskakują z pudełka. O Donaldzie Trumpie przynajmniej połowa Amerykanów słyszała od dzieciństwa, bo jego deweloperskie, a później też medialne przedsięwzięcia zaczęły być głośne w latach 80. Sanders był przez ćwierć wieku w amerykańskim Kongresie (najpierw w Izbie Reprezentantów i potem w Senacie), a wcześniej trzykrotnie wygrywał wybory na burmistrza Burlington – największego miasta stanu Vermont. Corbyn jest od 1983 r. posłem Partii Pracy, a od dwóch lat jej przewodniczącym. Van der Bellen ponad 20 lat był posłem Zielonych, a przez dekadę przewodniczącym partii. W Polsce całe pokolenie wyborców wyrosło, od małego wiedząc, kim jest Jarosław Kaczyński. O Łozińskim mało kto wcześniej słyszał, ale jego nagłośniony teraz udział w antykomunistycznej opozycji to ważna część wizerunku, dzięki któremu gładko pokonał Kijowskiego. Schulz i May też nie są nowicjuszami i mają za sobą po kilkadziesiąt lat politycznej kariery.

Wszystkich ich łączy jednak więcej niż tylko długi polityczny staż. Bo wszyscy w przedkryzysowej (2008 r.) epoce byli dysydentami zaledwie tolerowanymi przez system i ich własne partie. Sanders, zdeklarowany socjalista, by zdobyć fotel burmistrza, a potem kongresmena, musiał w otwartych wyborach pokonać kandydatów wystawianych przez Partię Demokratyczną i założył w Vermont własną partię. Trump jako celebryta głośno krytykował niemoralność waszyngtońskich elit i żeby się ubiegać o prezydenturę, musiał w prawyborach pokonać kandydatów faworyzowanych przez establishment Partii Konserwatywnej. Corbyn 500 razy głosował w Izbie Gmin inaczej niż Labour, bo był otwarcie przeciw neoliberalnej Trzeciej Drodze Blaire’a i głoś...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Zobacz także

Wyjaśnienia