POLITYKA

Wtorek, 23 maja 2017

Polityka - nr 46 (2731) z dnia 2009-11-14; s. 58

Kultura

Janusz Wróblewski

Czarno o czerwonym

Nagrodzony Złotymi Lwami w Gdyni „Rewers” Borysa Lankosza, zamiast szkolnego rozliczenia ze stalinizmem w martyrologicznym duchu, podejmuje szyderczą grę z narodową pamięcią.

Już sam tytuł sugeruje, że jest to obraz cokolwiek zniekształcony, odwrotność wizerunku lat 50., z jakim zwykle mieliśmy do czynienia. I rzeczywiście trudno się tu dopatrzeć ujęć i sytuacji dobrze skądinąd znanych. Kiedy umiera Stalin, matka (grana przez Krystynę Jandę) i jej córka (Agata Buzek) wbiegają do ulicznej bramy, obejmują się i zamiast płakać, jak to zostało utrwalone na kronikach filmowych, krzyczą z radości, co z życzliwym zrozumieniem obserwuje zadowolony dozorca. Od samego początku świat w „Rewersie” zostaje podzielony na swoich i tych nowych – barbarzyńców, cywilizacyjnych dzikusów, co przybyli nie wiadomo skąd razem z moskiewską władzą. Ale i ten czarno-biały schemat szybko zostaje zanegowany. Amant ubek w wykonaniu Marcina Dorocińskiego jest równie przystojny i męski jak Humphrey Bogart. Budzi podziw, a kiedy wychodzi na jaw, kim jest, Janda go usprawiedliwia: może jego rodzina była szantażowana i nie miał wyjścia. A córka ze współczuciem dopowiada: gdybyśmy wygrali Powstanie, mógłby zostać mechanikiem.

W „Rewersie” nie chodzi o podkreślenie racji moralnych. Te od początku są oczywiste. W przeciwieństwie do „Matki Królów” czy choćby „Człowieka z marmuru” u Lankosza nie mówi się o stalinizmie serio. Trzypokoleniowa rodzina aptekarek reprezentowana przez babkę (Anna Polony) oraz matkę i jej córkę zachowuje się trochę jak w komiksie. Postaci są przerysowane, ich język śmieszy zamierzonym anachronizmem, relacje wyglądają groteskowo.

Rodzina wywodzi się z przedwojennej polskiej inteligencji. Żadna z kobiet nie ma cienia wątpliwości, w jakiej rzeczywistości przyszło im żyć po wojnie. Mimo pogardy okazywanej komunistom muszą tolerować obcą władzę, zwyczajnie starają się dawać sobie radę. A już na pewno nie poddawać się jak poeta Wodzicki, który w czasie okupacji „stracił wszystko oprócz życia” i nie ma ochoty ani sił, by walczyć dalej. Instynkt podpowiada im, by pomimo niepewności i obaw co do przyszłości znaleźć jakieś pozytywne rozwiązanie. Więc namawiają najmłodszą z nich, redaktorkę działu poezji w wydawnictwie przypominającym Czytelnika, by znalazła odpowiedniego kandydata na męża i założyła rodzinę. Zawierane kompromisy mają na celu przetrwanie w podłych czasach – i nic więcej. Co dosadnie, ale z klasą ilustrują sceny połykania wciąż tej samej jednodolarowej monety z napisem „Liberty” przez najbardziej buntowniczo nastawioną niedoszłą pannę młodą.

Efektem przetrwania nie jest poczucie klęski ani gorzka świadomość utraty szacunku do samego siebie. Przeciwnie – duchowe zwycięstwo odniesione nad zbrodniczym systemem, którego grozy w filmie prawie się nie wyczuwa. Jedynie gdzieś w tle następują aresztowania, znikają wysoko postawieni ludzie. Scena roztapiania w chemikaliach ciała otrutego ubeka, próbującego wcześniej zmusić do współpracy pannę młodą, urasta w filmie do rangi symbolu na miarę śmierci Maćka Chełmickiego. Tylko znaczenia całkowicie się różnią. Bohater „Popiołu i diamentu” ginął na śmietniku historii, bo nie umiał się przystosować. W „Rewersie” odwrotnie – kozłem ofiarnym staje się doskonale wpasowany w nowy ustrój ubek. Jak na czarną komedię, której patronuje ironiczne spojrzenie braci Coen, przystało, jego ciało zostaje rozpuszczone w wannie przykrytej socrealistycznymi obrazami, a kości zakopane na budowie, gdzie za kilka lat stanie Pałac Kultury – widoczny znak sowieckiej dominacji nad Polską.

Rewers” przewrotnie pokazuje to, do czego nasze kino nie było zdolne przez ponad pół wieku. Nie tylko przyznaje rację zwyczajnym ludziom, którzy nie mieli nic wspólnego z heroizmem walczącej opozycji. Dowodzi zarazem nierozłączności tych doświadczeń.

Prowadzony równolegle wątek współczesny nadaje filmowi rangę osobliwej przypowieści o podwójnym uwikłaniu w zło. Opór i zwycięstwo. Z drugiej strony szlachetne kłamstwo, które ma ukryć miłość łączącą niegdyś kobiety z diabelskimi siłami. Owoc tej miłości, dobrze ułożony młody człowiek, również zagrany przez Dorocińskiego, nie ma pojęcia, kim naprawdę był jego ojciec. Wierzy w spiżowy mit mówiący o bohaterstwie i godnej postawie jego taty. Widz samodzielnie musi rozstrzygnąć, komu właściwie oddaje on cześć, zapalając lampkę pod Pałacem Kultury. Diabłu, legendzie czy własnemu złudzeniu.

Oryginalność „Rewersu” polega także i na tym, że surrealistyczna historia weń wpisana została przedstawiona w niesłychanie lekki, nowoczesny sposób. Bliżej Munka aniżeli Wajdy. Można ją oglądać śmiejąc się z postmodernistycznej konwencji, z nieustannie prowadzonej zabawy kinem albo tylko z karykatury stalinizmu, nie dostrzegając w zasadzie drugiego dna, czyli perfidnej, bolesnej lekcji na temat tożsamości wolnej Polski. Bo czyż Lankosz wspierany wybitnym piórem Andrzeja Barta w roli scenarzysty nie mówi nam czegoś więcej? Choćby tego, że PRL nie da się tak po prostu obejść i wymazać z pamięci. Totalitaryzm ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]