POLITYKA

Poniedziałek, 25 września 2017

Polityka - nr 21 (3111) z dnia 2017-05-24; s. 12-15

Temat tygodnia

Martyna BundaMarcin Rotkiewicz  [współpr.]

Czas Brigitte

63 lata, o pokolenie młodszy mąż i rola pierwszej damy Francji. Czy Brigitte Macron to nowa Brigitte Bardot? Symbol kolejnej rewolucji obyczajowej, która już się dzieje, a jedynie potrzebowała ikony?

Już dawno nic tak nie chwyciło. Przez kilka tygodni w portalach społecznościowych – tylko ona. „Pierwsza babcia”, „matka stanu”, „ta mumia”. „Wolna kobieta, taka, której nie da się do końca kontrolować; niebezpieczna, bo może mieć wymagania, skoro sama wymaga od siebie”. „Panie Macron, niech pan coś zrobi z tą Brigitte!”. Komentatorki, aktorki, celebrytki – jak Eliza Michalik, Agata Młynarska, Anna Dryjańska, Kataryna; żony przy mężach i matki z głównej roli życiowej – jak Małgorzata Terlikowska; dziennikarze, publicyści – wszyscy o Brigitte. A pod każdym felietonem dziesiątki, setki wpisów. Nawet w memach – ona. Przerobiony dowód osobisty, z datą urodzenia dodającą jej (kolejnych) 10 lat jak burza poszedł po sieci.

W koleinie

To paradoks, bo Brigitte Macron zupełnie nie zapowiadała się na rewolucjonistkę. Dużo młodsza od pięciorga rodzeństwa – i jedyna urodzona po wojnie w rodzinie fabrykantów czekolady, dorastała w Amiens (na północ od Paryża). Miasteczku zniszczonym przez wojnę i wciąż pełnym baraków tkwiących w miejscach domów, których nie odbudowano, za to pod najwyższym wówczas europejskim drapaczem chmur, wieżą Perret, bo „w tych trudnych czasach trzeba było dać ludziom trochę amerykańskości”. Rodzina była tradycyjna, dumna z prowadzonej od XIX w. manufaktury. A domy w Henriville, zwanym złotym kwartałem lokalnej burżuazji – gdzie mieszkali – wszystkie do siebie podobne.

Tak też – po mieszczańsku – wychowywano Brigitte: edukacja u jezuitów, wakacje w pobliskim le Touquet nad morzem, wśród konserwatywnych sąsiadów zjeżdżających na lato. Klasyczny podział ról, typowe kobiece zajęcia. W czasie gdy Francja w najlepsze pławiła się w rewolucji seksualnej firmowanej nazwiskiem imienniczki Brigitte – Bardott (Brigitte z Amiens urodziła się dokładnie wtedy, gdy Bardot stawała się supergwiazdą), przyszła prezydentowa kraju weszła w inny model. Jako zaledwie 21-latka została żoną. To wcześnie, nawet jak ja Henriville. W rok po ślubie urodziła pierwsze z trojga dzieci. W czasach gdy Bardott ogłaszała, że „świat jest tak mały, że wszyscy spotkamy się w łóżku” i pozowała do rozbieranych zdjęć dla „Playboya”, Brigitte Auziere pojechała za mężem do Strasburga. Jedynym odstępstwem od mieszczańskich norm było, że wyszła nie za chłopaka z któregoś z dobrych miejscowych rodów (jak siostry i sąsiadki), ale za kogoś z Paryża, w dodatku urodzonego poza Francją. Bankowca.

Gdy dzieci podrosły, a kontrakt w Strasburgu się skończył, Brigitte wzięła posadę nauczycielki literatury w szkole Providence w Amiens. Ów jezuicki kompleks od lat, od przedszkola aż po liceum, kształcił kolejne pokolenia dzieci lokalnych wyższych sfer. Mimo tradycyjnych korzeni Pro – jak nazywano szkołę – dawała uczniom trochę swobody; np. nauczyciel filozofii lubił prowadzić zajęcia w jednej ze śródmiejskich kawiarni, gdzie sadzał uczniów kołem na podłodze – lecz w końcu takie były czasy. Nauczycielka literatury, Brigitte, była żywiołowa, ale nie niekonwencjonalna.

Po szkole prowadziła zajęcia teatralne. Z jednym z uczniów, równolatkiem córki zaangażowanym w teatr, na jego prośbę zaczęła pisać sztukę. O miłości. W piątki spotykali się w jej domu, położonym niedaleko jego domu w Henriville, by pracować nad tekstem. Uczeń nazywał się Emmanuel Macron. Wszystko, co dziś mówią o swoim związku, sprowadza się do zapewnienia, że nim Emmanuel nie wszedł w pełnoletniość, nic niewłaściwego pomiędzy nimi nie zaszło.

Zmiana zmiennych

Rzeczywistość, w jakiej funkcjonują Polki, jest nie mniej konserwatywna niż dzielnica Henriville w Amiens. Jednak też mamy swój paradoks: – Polki w poglądach są nie mniej liberalne niż inne Europejki. Rezygnują jedynie z przekucia światopoglądu we własną rzeczywistość – tłumaczy Katarzyna Pawlikowska, ekspertka zachowań społecznych i konsumenckich kobiet, wykładowczyni w ISNS Uniwersytetu Warszawskiego.

Mamy swoje pełzające rewolucje, dla których Brigitte jest wymarzoną ikoną. Począwszy od związków z młodszymi. Od pokoleń trudno znaleźć panny dla kawalerów ze wsi, bo kobiety żyją w innych miejscach niż mężczyźni – wiadomo. Jednak dziś problem okazuje się palący. W dużych miastach mamy większy niż kiedykolwiek deficyt mężczyzn (do tego stopnia, że niemożność znalezienia właściwego partnera to główny powód bezdzietności i dotyczy aż jednej trzeciej Polek!). Mieszkanki największych ośrodków zwyczajnie nie miały szans wejść w tradycyjny model (względnie wejść w nowe związki, jeśli rozczarowane wyszły z poprzedniego przez rozwód). Kiedyś tych kilkadziesiąt tysięcy pełnych życia czterdziestek i pięćdziesiątek skazanych byłoby na samotność. Dziś mają internet i portale randkowe.

Równolatków nawet nie szukają; ci ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]