POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 30 (3120) z dnia 2017-07-26; s. 20-22

Polityka

Ewa Siedlecka

Czas na obywateli

Obywatele się budzą. Także młodzi, którzy dotąd dość bierni, teraz setkami tysięcy wyszli na ulice w całej Polsce przeciw przejęciu sądów przez partię rządzącą. Władza PiS chce zatem przejąć także społeczeństwo obywatelskie.

Sprawa nabrała dla PiS jeszcze dodatkowej wagi, ponieważ politycy tej partii dają do zrozumienia, iż ich zdaniem za obecnymi protestami w sprawie sądów stoją organizacje pozarządowe. Poseł PiS Arkadiusz Mularczyk na Twitterze najpierw zapytał „za czyje pieniążki się bawicie”, a potem napisał: „Pilnie trzeba przygotować regulacje prawne dot. działania i finansowania w PL »niezależnych« NGS-ów”.

Dlatego w cieniu ustaw „sądowych” Sejm pracuje nad rządową reformą, która ma sprawić, by publiczne – w tym unijne – pieniądze szły na organizacje bliskie ideowo władzy. Te organizacje mają kształtować społeczną mentalność, wychowywać nowego obywatela: narodowo-patriotycznego, rodzinnego, przywiązanego do wartości chrześcijańskich w wydaniu Kościoła „toruńskiego” raczej niż „łagiewnickiego”. Czyli wychowywać nowy elektorat PiS.

Ma powstać Narodowy Instytut Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Nazwa o tyle myląca, że będzie to centrum rządowe, a nie „narodowe”, bo rola samych organizacji pozarządowych w jego decyzjach została sprowadzona do niewiążącego opiniowania. Nie jest też jasne, co do wolności ma ukierunkowywanie społeczeństwa przez rząd.

Postawy propaństwowe

Projekt zaczyna się preambułą, która określa, jakie cele rząd PiS będzie wspierać: „Państwo polskie wspiera wolnościowe i chrześcijańskie ideały obywateli i społeczności lokalnych, obejmujące tradycję polskiej inteligencji, tradycję niepodległościową, narodową, religijną, socjalistyczną oraz tradycję ruchu ludowego (…)”. Dalej jest mowa o „dojrzałym patriotyzmie” i „ideałach wolności, leżących u podstaw motywacji prospołecznych i postaw propaństwowych”. Czy organizacje strażnicze, krytykujące poczynania władzy, zostaną uznane za „propaństwowe”? Czy działalność stowarzyszeń ateistów i wolnomyślicieli wpisze się w „tradycję religijną” i „chrześcijańskie ideały”?

Narodowy Instytut Wolności – według projektu – ma powstać we wrześniu. W uzasadnieniu rząd pisze, że „jedynym zadaniem [instytutu] byłaby realizacja programów wspierania rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w Polsce”. I że instytut „ma wdrażać politykę państwa w zakresie rozwoju społeczeństwa obywatelskiego”. Tyle że nie ma jeszcze ani tych programów, ani tej polityki. Będzie za to opłacana z pieniędzy publicznych instytucja, z 60 etatami, biurami i całą infrastrukturą.

Rząd planuje powierzyć instytutowi centralne dzielenie wszystkich pieniędzy rozdawanych dziś organizacjom przez poszczególne ministerstwa i instytucje rządowe. Ma też apetyt na tzw. Fundusze Norweskie (pieniądze na rozwój krajów b. bloku wschodniego pochodzące z krajów unijnej strefy wolnego handlu, które nie należą do UE). Rząd chce przekonać dysponujący nimi rząd Norwegii, by ich dzielenia nie powierzał niezależnemu operatorowi, ale właśnie rządowemu Instytutowi Wolności. Chodzi o niebagatelne pieniądze: ponad 800 mln euro, z czego 10 proc. ma być dla NGO.

To transakcja wiązana: Polska nie dostanie nic z Funduszy Norweskich, jeśli rząd nie dogada się w sprawie sposobu dzielenia dotacji dla NGO. Rząd przekonuje, że to właśnie Instytut Wolności podzieli pieniądze sprawiedliwie i bezstronnie. Norwegowie jakoś w to nie wierzą. Pat trwa od roku. Podobnie jest na Węgrzech. Fundusze Norweskie są wstrzymane.

Instytut będzie działał przy Radzie Ministrów. Kierować ma nim przewodniczący Komitetu ds. Pożytku Publicznego, wicepremier – a więc zapewne Piotr Gliński. Pomysł sterowania przez rząd rozwojem społeczeństwa obywatelskiego jest jego ideą, opartą, jak mówi, na zgłaszanych od lat postulatach samych organizacji. Komitet składa się z ministrów, a jego zadanie to „koordynować”, „monitorować” i „opiniować”. Nie ma przy tym żadnej władzy.

Władzę absolutną ma mieć przewodniczący komitetu, który powoła też dyrektora instytutu. I będzie go mógł dowolnie odwołać, gdyby się nie dogadywali – wystarczy, że nie przyjmie jego rocznego sprawozdania. Przewodniczący powołuje też wicedyrektorów. Nie musi w tym celu organizować konkursu. Konkursy obowiązują tylko przy naborze na niższe stanowiska.

Powołuje też członków Rady Instytutu: trzech według własnego uznania, jednego z rekomendacji prezydenta, jednego – ministra finansów, jednego przedstawiciela samorządowców i pięciu rekomendowanych przez organizacje pozarządowe. Jednak wcale nie musi ich powołać, jeśli mu się nie spodobają. I może ich odwołać przed końcem kadencji, np. jeśli uzna, że „niewłaściwie realizują obowiązki związane z członkostwem w Radzie”. Rada nie ma zresztą żadnej władzy. Jest – jak komitet – ciałem opiniodawczo-doradczym.

Zatem wszelkie publiczne dotacje dla organizacji pozarządowych będą w ręku jednego człowieka. On będzie wyznaczał politykę „rozwoju” społeczeństwa obywatelskiego. „Rozwoju”, a nie „wspierania”. To znacząca różnica. Wspieranie bowiem oznaczałoby wolę poszanowania niezależności organizacji. „Rozwój” zaś oznacza, że rząd wychowa sobie organizacje realizujące jego cele.

Ustawa, jak wszelkie „ustrojowe” projekty PiS, idzie przez parlament jak burza. Mimo że oprotestował...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]