POLITYKA

Sobota, 24 czerwca 2017

Polityka - nr 9 (9) z dnia 2016-10-19; Niezbędnik Inteligenta. 2/2016. Magia utopii. W poszukiwaniu utraconej przyszłości; s. 70-74

Między utopią a apokalipsą

Przemysław Czapliński

Czas popsuć świat

Żeby zbudować nową przyszłość, trzeba zrobić awarię. Taki wniosek można wyciągnąć z kilkudziesięciu tekstów literackich o charakterze utopijnym.

Dzieła te powstały w różnych miejscach Europy w ciągu ostatnich dwóch dekad. Są utopiami, które pojawiły się po oficjalnej śmierci utopii, ogłoszonej u schyłku XX w. Pogrzeb odbywał się od USA po Europę Środkową pod hasłem „Nie ma alternatywy” (ang. there is no alternative, TINA). Większość rozumiała przez to brak alternatywy dla kapitalizmu liberalno-demokratycznego. Dziś stoimy na pogrzebie Tiny i myślimy, że nie ma alternatywy dla alternatywy – że nie będzie przyszłości, jeśli nie pojawią się jej zróżnicowane koncepcje. Utopia znowu stała się fabula grata. Ale jej odrodzenie nie jest łatwe.

Pogrzeb

W pogrzebie urządzonym utopii w latach 80. było sporo racji. Zostały przecież po niej rozległe pola śmierci, miliony zgruchotanych życiorysów, zwichnięte dzieje kilku pokoleń. W Europie, Azji, Ameryce Południowej jej wspomnienie budziło dreszcz grozy.

W latach 80. skrystalizował się język badawczy, który z perspektywy jednostkowej wolności analizował – zwłaszcza na obszarze Europy Środkowo-Wschodniej – historię jej panowania. Michaił Heller i Aleksander Niekricz posłużyli się określeniem „utopia u władzy” w monumentalnej analizie dziejów ZSRR (1982 r.). Stanisław Barańczak błyskotliwemu studium twórczości Zbigniewa Herberta nadał tytuł „Uciekinier z utopii” (1984 r.). Jakub Wujek w monografii „Mity i utopie architektury XX w.” (1986 r.) omówił architekturę modernistyczną jako uzurpatorski pomysł urbanistycznego wytwarzania ludzi szczęśliwych. Patronat nad tymi studiami zdawał się sprawować Karl R. Popper, którego filozoficzny esej „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie” (1945 r.) triumfalnie powracał do refleksji politologicznej w latach 80. Z książki tej – wydanej w Polsce w 1987 r. – wyłaniał się wizerunek Platona jako prawodawcy XX-wiecznych utopii, najpełniej wcielonych w rządy totalitarne.

W świetle krytyki utopii przeprowadzonej przez Poppera każde projektowanie dziejów, każda próba zapanowania nad przyszłością musi prowadzić do zamykania społeczeństwa. Nowoczesność okazała się historią utopii, utopia – dziejami przemocy. Z tego przekonania rodziła się historiozofia późnej nowoczesności mówiąca, że przyszłość należy pozostawić samej sobie. W rezultacie doszło do paraliżu wyobraźni przyszłościowej.

Powrót

Po ogłoszeniu końca historii wydawało się, że dzieje będą toczyć się same, a podstawowym mechanizmem napędowym stanie się indywidualne dążenie do szczęścia. Skoro największą przyszłość miała przed sobą przeszłość, narracyjną dziurę po utopii zalepiał rozległy dyskurs nostalgiczny i towarzyszący temu przemysł retro.

Utopia powróciła z różnych powodów, być może jednak najpoważniejszym była niesprawiedliwość tkwiąca w liberalnym modelu demokracji. U jego bowiem podstaw legło przekonanie – ściśle antyutopijne – że wystarczy stworzyć prawne podwaliny dla indywidualnej swobody, aby wszyscy zaczęli własną pracą i pomysłowością zapewniać sobie dobrobyt, a społeczeństwa działały prawidłowo. Doktryna ta abstrahowała jednak od rozdźwięku między szansami i możliwościami, od dziedziczenia lepszych lub gorszych warunków startu. Pozwalała więc państwu zaniedbywać konieczne procedury wyrównujące różnice pochodzenia czy majątku.

Edukacja czy służba zdrowia okazywały się usługami o zróżnicowanej jakości, podtrzymującymi rozwarstwienie społeczne. Prawa pracownicze i lokatorskie nabierały niemal feudalnego charakteru reguł stanowionych przez pracodawcę czy właściciela kamienicy. Obywatel pozbawiony opieki ze strony państwa stawał osamotniony w obliczu rynku. Wszystko, co mógł osiągnąć, miał zawdzięczać przede wszystkim sobie – tak wyglądała motywacja. Ale i niepowodzenia miały odtąd spadać tylko na niego – tak wyglądało zagrożenie. Stałym towarzyszem jednostki stawał się lęk – przed utratą zdrowia, mieszkania, pracy i płynności finansowej oraz przed niepowodzeniem. Hamulcem buntu był wstyd: zalęknieni noszą głowy nisko, bo wiedzą, że na szacunek muszą zapracować sami.

Kiedy w 2015 r. do południowych wybrzeży Europy dotarła fala uciekinierów wojennych, wcześniejsze lęki i zranione poczucie dumy przeszły w gniew. Decyzja o przyjęciu imigrantów oznaczała, że przybysze są ważniejsi od lokalnego prekariatu. Że gdzieś w państwowych skarbcach leżą pieniądze na sytuacje kryzysowe, że istnieją służby pomocnicze, które można zaprząc do akcji, że państwo potrafi wziąć odpowiedzialność za los nieznanych ludzi.

Zwycięstwo partii narodowo-konserwatywnej w Polsce oznaczało powrót utopii. Co najgorsze, tej typu XX-wiecznego. Zapowiada ona kontrolę nad przyszłością – poprzez okiełznanie rynku i wzmocnienie pozycji państwa jako pośrednika między kapitałem i społeczeństwem. Powołuje do życia zbiorowość ludzi identycznych, opierając tożsamość zbiorową na fundamencie narodowym. Obiecuje odizolowanie Polski od wpływów zewnętrznych poprzez uszczelnienie granic, a więc przekształcenie państwa w twierdzę. Zamienia obywatelstwo w ksenofobiczną agresję, nakłada bowiem na wszystkich ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]