POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 31 (3070) z dnia 2016-07-27; s. 12-14

Temat tygodnia

Jacek Żakowski

Czas satrapów i nielotów

Brakuje państwu przywódców? Wciąż słyszę i czytam, że tak. A gdyby się jakiś pojawił, to poszlibyście za nim? Słuchalibyście go? Kryzys przywództwa to także kryzys wyborców.

Nie złośćcie się na Grzegorza Schetynę. Nie wściekajcie się na Ryszarda Petru. Nie bądźcie źli na Donalda Tuska. To nie ich wina, że nie dają rady wzbudzić entuzjazmu. To jest nasza wina. Liberalni demokraci tak od jakiegoś czasu mają, że wybierają ludzi, którzy wydają im się przede wszystkim niegroźni. Problem polega na tym, że niegroźni dla tych, którzy ich wybierają, są też niegroźni dla tych, którzy na wybierających dybią. Między innymi dlatego liberalno-demokratyczna sielanka zamienia się w piekło.

Naprzeciw siebie stają dziś na całym Zachodzie dwie wielkie formacje. Z jednej strony McŚwiat, a z drugiej Jihad – by sytuację opisać w metaforze słynnej książki Benjamina Barbera (zachowujemy oryginalną pisownię angielską, także dlatego, by zaznaczyć, że chodzi właśnie o metaforę, znacznie szerszą niż islamski kontekst). Po stronie McŚwiata liberalni gospodarczo, tolerancyjni kulturowo, otwarci na świat, dokonujące się zmiany i inność, przywiązani do wolnościowych wartości i instytucji – rządów prawa, niezawisłych sądów, niezależnych mediów – ogólnie zadowoleni z życia. Po stronie Jihadu rozgniewani rzeczywistością, żyjący w poczuciu zagrożeń i strat powodowanych przez zmiany, które się dokonały, upominający się o większą opiekę, bezpieczeństwo i silniejsze państwo w gospodarce, przywiązani do tradycyjnych norm i tożsamości, nieufni wobec obcych, ceniący raczej silną, jednorodną władzę niż liberalne wolności i rządy spętane prawami. Można to ująć tak, że McŚwiat bardziej boi się dziś agresywnej władzy, a Jihad – agresywnego świata.

Po stronie Jihadu jest Erdoğan, Le Pen, Kaczyński, Putin, Orbán, Boris Johnson, Trump, Kukiz… „Silni ludzie”. Agresywni. Złotouści. Dosadni. Brutalni. Często na swój sposób charyzmatyczni. Głoszący zdecydowane poglądy, mocno wskazujący kierunki, składający konkretne oferty i obietnice. Każdy z nich ma wizję tego, jak powinno być i co zrobić. Te wizje są konfliktowe. Łączy je tylko przekonanie, że trzeba zawrócić, aby iść do przodu. To nie jest paradoks. Nie chodzi o marsz w tył, do epoki kamienia łupanego (choć może tam prowadzić). Chodzi o powrót na szlak, którym świat posuwał się przez wieki i z którego, ich zdaniem, zboczyliśmy w ślepą uliczkę.

Jihady są różne. „Silnych ludzi” różni zwłaszcza opinia co do tego, kiedy zeszliśmy z dobrego szlaku. Jedni sądzą, że już wraz z oświeceniem. Drudzy, że dopiero po drugiej wojnie, gdy świat się amerykanizował. Inni, że pod wpływem kontrkultury, rewolucji obyczajowej, multi-kulti. Niektórzy są intelektualnie zaawansowani – jak Orbán czy Zybertowicz. Inni są beznadziejnie głupi, jak maltretujący powstańców Macierewicz albo Ziemkiewicz, który po mordzie w Monachium napisał: „Dla Niemców szok. Zawsze to oni mordowali…”. Wspólna jest wiara w ślepą uliczkę, którą Jihad widzi w uniwersalizmie, pluralizmie, globalizmie, kosmopolityzmie, laicyzmie i konwergencji. Jego hasło to: „chcemy iść swoją drogą”. Jego marketingowy slogan: „pokażemy wam lepszą drogę”. Nie chodzi o korektę. Chodzi o zwrot mający zasadnicze znaczenie. Jeśli nie o 180, to przynajmniej o 90 stopni. To jest proste w przekazie. Bo Jihad jest „anty”. A „anty” można łatwo opowiedzieć.

Po stronie McŚwiata sytuacja jest bardziej złożona. Także tu przynajmniej od ośmiu lat nikt nie krzyczy „tak trzymać”. Wszyscy chcą zmian i nowych zabezpieczeń. Wiadomo, że jazda „na krechę” skończyła się w zaspie Lehman Brothers. Ale alternatywą McŚwiata dla „krechy” jest slalom – a nie wielki zwrot proponowany przez Jihad. Opowieść o slalomie brzmi pokrętnie i nudno. „Tu, proszę państwa, skręcamy o 31 stopni, a tu o 17. Tę tyczkę miniemy z prawej, a tę z lewej”. W sumie kierunek ma być bardzo podobny, ale trochę lepiej przemyślany. „Między 3. a 4. tyczką robimy lekki trawers i zmniejszamy prędkość, a między 8. i 9. nabieramy prędkości”. Naturalna reakcja zdrowych organizmów na te opowieści to ziewanie i pochrapywanie. Sytuację pogarsza to, że McŚwiat nie ma mety. Mapa kończy się kilka tyczek przed nami. A opowieść każdego Jihadu zaczyna się właśnie od mety, gdzie już czekają hurysy, laury i rzesze wyznawców gotowe do zgotowania owacji bohaterom „znów wielkiej” Ameryki, Turcji, Francji, Brytanii, Polski, Węgier, Rosji albo któregoś „jedynego boga”. Jest się o co starać.

Zamiast pokazać metę, McŚwiat głosi obietnicę, że będzie coraz lepiej i przyjemniej niż pod władzą Jihadu. Zamiast dobrego świata obiecuje ciągłe poprawianie. Mówi: „poprawimy to”, „poprawimy tamto”. Ale wiara w poprawianie wygasa. „Poprawiamy, poprawiamy, i co?”. Ludzie już nie chcą poprawiać. Chcą poprawić. Chcą zmienić – nie zmieniać. Nie chcą zmian, chcą zmiany. Chcą wiedzieć, jak ma być i jak będzie. Wszyscy pytają, co dalej, a McŚwiat odpowiada „nie jestem prorokiem”.

<...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]