POLITYKA

środa, 23 sierpnia 2017

Polityka - nr 14 (3105) z dnia 2017-04-05; s. 22-25

Polityka / Co po PiS?

Marek OstrowskiŁukasz Wójcik

Czekając na odwilż

Polska wybrała fatalny moment na obrażanie się i bezczynność w Europie. Następny rząd może mieć już do czynienia z zupełnie inną Unią, do której znów będziemy musieli aplikować.

Po konflikcie o Donalda Tuska pozycja polskiego rządu w Brukseli nabrała charakteru niszowego. „Dla nas zdolność powiedzenia »nie«, nawet w konfrontacji z wszystkimi innymi, to powrót do sytuacji podmiotowej” – przekonywał w wywiadzie dla „wSieci” Jarosław Kaczyński. – W tym sensie Korea Północna również jest w sytuacji podmiotowej – komentuje polski dyplomata od lat pracujący w strukturach unijnych. I dodaje, że reakcje w Brukseli na to, co się stało z wyborem szefa Rady, wahają się od satyrycznych do alarmujących, ale to te drugie przeważają. – To nawet nie chodzi o wiarygodność czy o brak kompetencji negocjacyjnych. Problemem jest dominujące już dziś przeświadczenie, że Polska w Brukseli świadomie działa w złej woli.

W ten sposób, pierwszy raz od przystąpienia do Unii, doszło do sytuacji, w której nasz wpływ na to, co się dzieje w Brukseli, jest znikomy z powodu naszych własnych decyzji. Bo z jednej strony nikt już tam poważnie nie potraktuje ministra Witolda Waszczykowskiego. Nikt nie przyjmie już tak po prostu, że działamy dla dobra wspólnoty. Z drugiej strony sam polski rząd umywa ręce, grając rolę co najwyżej hamulcowego. Dzieje się to zarówno z braku koncepcji (nikt już nie mówi o polskiej inicjatywie zmiany traktatów), jak i z braku zdolności sojuszniczych. I tak polski rząd, rzucający bez przerwy frazesami o suwerenności, wyzbywa się tejże suwerenności, rezygnując ze współtworzenia unijnej polityki w zakresach, które nas dotyczą.

Czy jest to stan przejściowy, trudno dziś wyrokować. – Bardziej umiarkowane tony wobec Unii, płynące ostatnio od przedstawicieli PiS, są raczej reakcją na gwałtowne załamanie się sondaży po awanturze z Tuskiem – mówi dr Paweł Kowal z Instytutu Nauk Politycznych PAN. Fundamenty pozostają jednak niezmienne; nie będzie więc szaleństwem założenie, że tak może wyglądać polska polityka wobec Unii do końca kadencji Sejmu.

I tu należy się dopatrywać największego zagrożenia dla interesu Polski. W Unii prawdopodobnie już pod koniec tego roku dojdzie do przyspieszenia integracji wokół rdzenia złożonego z państw strefy euro. Przyspieszenia, które wymknie się ze znanych dotychczas formatów współpracy. Nie będzie zachowania status quo dla krajów Unii spoza tego kręgu. Eksperci wpływowego brukselskiego think tanku Breugel przekonują, że może powstać coś na kształt bieda-Unii – z całą unijną konstrukcją instytucjonalną, ale bez funduszy europejskich, które trafią do państw rdzenia. Polska wybrała więc fatalny moment na obrażanie się i bezczynność.

1

Źródłem tego błędu jest zła diagnoza PiS dotycząca przyszłości Unii. A jest to wizja bardzo pesymistyczna. Jak pisze w książce „Utopia europejska” prezydencki minister Krzysztof Szczerski wskutek rosnącego izolacjonizmu dojdzie jeśli nie do formalnego, to z pewnością faktycznego rozkładu wspólnoty. Jak mówi nam polityk bliski PiS, wbrew pozorom to nigdy nie była wizja przyjmowana w tym ugrupowaniu z entuzjazmem. Kierownictwo partii oczywiście nie marzy o Europie federalnej, ale też zdaje sobie sprawę, że rozkład Unii oznaczałby również co najmniej dwie obiektywnie złe dla Polski konsekwencje. Po pierwsze, drastyczne ograniczenie transferów finansowych (to już ponad 80 mld euro od początku członkostwa). Po drugie, destabilizację geopolityczną, która byłaby dla Polski niekorzystna.

Taka diagnoza skłoniła Jarosława Kaczyńskiego do przygotowania swojego planu B dla Europy, przy ambitnym założeniu, że sama jego atrakcyjność – bez przesadnych działań dyplomatycznych – przyniesie mu sojuszników i pozwoli na zmianę traktatów. – Plan ten, bynajmniej nie nowatorski w Europie, według PiS stawiałby Polskę w awangardzie politycznych przemian – uważa Piotr Buras, szef warszawskiego oddziału European Council on Foreign Relations. – Zakłada on, że jedynym sposobem na utrzymanie Unii jest cofnięcie procesu integracji do poziomu, który byłby do zaakceptowania dla rozbudzonych populizmem wyborców na kontynencie. Chodziłoby więc o koncept Europy ojczyzn, opartej na wspólnym rynku. Państwa członkowskie same decydowałyby o głębszej integracji w ramach regionalnych inicjatyw, ale tylko w dziedzinach, które je interesują. Taka Unia à la carte.

Problem z planem Kaczyńskiego dla Europy jest taki, że nikt go w Europie nie podchwycił. Nie dlatego, że nikt tak w Unii nie myśli, ale dlatego, że wszystko zależy od tegorocznych wyborów w trzech wielkich państwach Unii.

Przyjmijmy więc ostrożnie następujący scenariusz. We Francji w drugiej rundzie wyborów prezydenckich 7 maja spotykają się Emmanuel Macron i Marine Le Pen. Według średniej z sondaży z ostatnich dni marca Macron wygrywa taki pojedynek w stosunku 64:36. We wrześniu w Niemczech – znów, jeśli wierzyć ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]