POLITYKA

Piątek, 23 czerwca 2017

Polityka - nr 7 (7) z dnia 2016-08-03; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 23. Jak się dogadać; s. 58-59

MY. Usłyszeć się z bliskimi (o dogadywaniu się z partnerami i dziećmi)

Joanna Cieśla

Czerwone wiążące

Dr Bartosz Zalewski. Czy każda para i rodzina mają swój prywatny język

Joanna Cieśla: – Małżeństwo prowadziło ze sobą rozmowę, której przysłuchiwała się mama mężczyzny. To była całkiem zwyczajna dla tego związku wymiana zdań, ale mama nie rozumiała, co syn z synową do siebie mówią, więc miała wrażenie, że się z niej nabijają. Zdarzyło się panu jako terapeucie być w podobnej sytuacji?
Bartosz Zalewski: – W trakcie sesji par zdarza się, że klienci wpadają we własny prywatny język do tego stopnia, że my – terapeuci – nie wiemy, na jaki temat ze sobą rozmawiają. Wtedy na ogół pytamy, czy jesteśmy potrzebni do czegokolwiek w obszarze, o którym mówili. Zwykle słyszymy, że nie, i na tym się kończy. Ale poza gabinetem terapeutycznym ktoś, kto jest w towarzystwie pary przechodzącej na swój prywatny język, może doświadczać poczucia wykluczenia. Bo taka dwójka zajmuje się sobą, tak jakby powiedzieli „wychodzimy na chwilę”. Być może tamta pani poczuła się po prostu wyrzucona z rozmowy. Ale sam fakt, że ludzie mają ten prywatny język, to zwykle dobry symptom. Świadczy o tym, że są razem blisko, że mają dużą wspólną przeszłość. Język pary służy różnym emocjonalnym potrzebom – potwierdzania bliskości, bycia razem, podziału ról, upamiętnienia ważnych zdarzeń.

Język musi mieć czas, żeby powstać.

Każda para go ma?
Większość. Niektóre bardziej, inne mniej rozbudowany. Wszystko zależy od tego, w jakim stopniu ludzie budują swój związek poprzez wspólnotę. Bo na poziomie emocjonalnym, pozatreściowym ten język służy do potwierdzania: „Nikt inny mnie nie rozumie tak jak ty”. To włączenie się w tryb „Jesteśmy razem, jesteśmy blisko”. Zatem „Nie jestem samotny, nie jestem osobny”. Jeśli jacyś ludzie mają większą potrzebę wolności albo są w takim momencie związku, że potrzebują trochę się oddalić, wtedy ten język ma mniejsze znaczenie.

Język pary może być częścią struktury związku. Chodzi o to, że partnerzy dla obustronnego poczucia bezpieczeństwa rutynizują wzajemne zachowania, tworzą przewidywalne dla siebie sieci poruszania się. „Ja nie muszę się zastanawiać, co ona zrobi, ona nie musi się zastanawiać, co ja zrobię i dzięki temu możemy na sobie polegać”. Zamiast szeroko wyjaśniać, czego chcę albo co się wydarzyło w relacji, można użyć jakiegoś słowa. Chodzi o język skrótowy, dzięki któremu bez konieczności szerokich opisów czy dyskutowania wiemy, co się dzieje.

Zrobiłam przegląd nieoczywistych określeń, które funkcjonują w znajomych związkach. Wyszło, że często źródłem są różne przeżycia, ale też rodzaj bezradności wobec czegoś, co nie wiadomo jak nazwać. Para kupiła na wakacje ni to koc, ni to prześcieradło, ni to matę. Nie wiedzieli, jak o tym mówić, aż przy kolejnym wyjściu nad jezioro któreś rzuciło: „Weź czerwone na plażę!” – i tak już zostało. Podobnie jest z językiem seksu, bo z jego wersją oficjalną większość Polaków się biedzi.
Pani powiedziała „bezradność”, ja bym to nazwał raczej „kreatywność”. Tamci ludzie przecież wymyślili określenie na coś, czego nie umieli nazwać. Poza tym ujawniła się tu funkcja psychologiczna – wspólnotowa, która jest w takich sytuacjach bardzo ważna. Zamiast wymyślić „czerwone na plażę” para mogłaby się na temat nazwy tego czegoś pokłócić. On się upiera, że to jest koc, a ona, że płachta. On mówi, że koc i ona się nie zna, bo on jest inżynierem, a ona, że on jest prymityw i na wszystko mówi koc, a to przecież jest płachta, w dodatku w kolorze, o którym on nie ma pojęcia, bo to bynajmniej nie jest czerwony. Więziotwórstwo, wspólnotowość polega też na tym, że gdy partnerzy później używają tych sformułowań, to odtwarzają różne ważne sytuacje w życiu albo momenty, kiedy coś razem stworzyli. Ważne bywa też to, że w danej chwili odegrali pewne role. Jedna osoba wymyśliła to czerwone, a druga przejęła, więc może w tej sytuacji jedno było twórcą, drugie – zachwyconą widownią? Przypominają to sobie, potwierdzają, a jednocześnie trochę wpychają się w te role.

Język seksu to osobna sprawa. W Polsce rzeczywiście każdy musi go sobie jakoś wynaleźć.

Uważa się, że Polacy nie umieją mówić o seksie. Słusznie?
Tak, po prostu nie da się mówić o tym w języku, w którym brakuje słów. Polski przez generacje tak nam się ukształtował, że jest niezwykle ubogi. Inna rzecz, że my na sesjach niezbyt często rozmawiamy o seksie w sensie technicznym, rzadko więc słyszę w gabinecie wymyślne określenia na jakieś praktyki ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Rozmówca jest psychoterapeutą. Pracuje w warszawskim Ośrodku Kontrakt, wykłada na Uniwersytecie SWPS.