POLITYKA

Piątek, 28 lipca 2017

Polityka - nr 21 (3111) z dnia 2017-05-24; s. 34-35

Społeczeństwo

Edyta Gietka

Człowiek człowiekowi kotem

Burmistrz Bogatyni chciał zostać prekursorem weekendu ze śp. Lechem Kaczyńskim. Oniemiał nawet PiS.

Jeszcze przed majówką ze środowisk związanych z magistratem wyciekł program planowanych na początek czerwca trzydniowych obchodów upamiętniających życie i twórczość śp. prof. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Był śmieszniejszy niż „Ucho prezesa”.

1

Niedowierzano. Repertuar obchodów brzmiał jak nieudolna satyra, ośmieszając na całą Polskę nie tylko patrona, ale i Bogatynię. Inspiracją – czytano w programie – Pierwszej Międzynarodowej Wystawy Kotów Nierasowych „Sierściel bez granic” są słowa śp. prezydenta charakteryzujące jego wrażliwość na koty. Otóż już w 2005 r. zwrócił się z apelem o „otwarcie serc i okienek piwnicznych”, by pomóc kotom nierasowym, bez odpowiedniego pochodzenia, przetrwać okres jesienno-zimowy.

Wystawę kocią zapowiadano dopiero na niedzielę. Inauguracją weekendu miał być piątkowy przemarsz samorządowców w asyście wojskowej orkiestry i dostojnych gości. Natomiast główną rozrywką sobotnią – wyścigi motocyklowe Polska-Czechy, nawiązujące z kolei do słów o tym, że Lech Kaczyński może nie jest nadzwyczajnym kibicem, ale pierwszymi zawodami, jakie w życiu zobaczył, był żużel Polska-Czechy właśnie.

W hołdzie dla sportowych pasji, których nie mógł realizować z racji służby ojczyźnie, zaplanowano także dwa biegi. Krótszy na dystansie 1500 m (tyle metrów, ile dni prezydentury) oraz półmaraton, odpowiadający dniom życia. Nadto mecz rozegrany między drużynami skompletowanymi symbolicznie: Bogatynia Lech-Bogatynia Jarosław.

Zaś wszystko to okraszone panelami z udziałem autorów książek, wieczorkami wspomnień rodziny dotyczących tzw. dnia codziennego, wystawą historii rodów szlacheckich z XVI–XVIII w., których był potomkiem, zarówno ze strony ojca herbu Pomian, jak i matki. Pochodami husarii, polsko-amerykańską musztrą paradną, gastronomią wojskową, narodowym jarmarkiem oferującym szaliki, flagi, proporce i inne, zawodami Strong Man, sadzeniem alejki dębowej, tłoczeniem medali, znaczków, plakietek oraz całodobowymi prezentacjami śp. postaci na telebimach. Całość zaś zwieńczona wieczorową porą patriotycznym pokazem światełek do nieba.

Opozycja, jako że do niedawna w koalicji, nie ma wątpliwości, iż burmistrz sam napisał scenariusz. Zawsze redagował programy narodowych obchodów w przesadnej stylistyce, odznaczając za kombatanctwo nawet czterdziestolatków. Poza tym ma nieograniczony dostęp do kotów (co prawda rasowych) z racji, że jego szwagier posiada profesjonalną hodowlę.

Burmistrz Andrzej Grzmielewicz scenariuszowi nie zaprzeczył. Wręcz przeciwnie. W specjalnej odezwie do mieszkańców wyraził zdumienie, że czyni się zamach na jego inicjatywę, prekursorską na skalę krajową, bronią tak trywialną, jaką jest szyderstwo. Wierzę – zapewniał – że histeryczne przejawy krytyki są tylko i wyłącznie wytworem ludzi, którzy bez względu na okoliczności i rangę wydarzenia czerpią satysfakcję z poniżania. Odgrażał się, iż nie zrezygnuje. Tymczasem tuż po majówce niespodziewanie odłożył na później termin benefisu.

Pominąwszy kwestię smaku, opozycja (w obawie o reperkusje umawiająca się na rozmowy incognito w niedalekim Zgorzelcu) interpretuje ów falstart wielowątkowo.

2

By zrozumieć niestosowność weekendu z Lechem Kaczyńskim, którego burmistrz samozwańczo ogłosił się wodzirejem, trzeba cofnąć się do pierwszej doby po katastrofie smoleńskiej. Już 11 kwietnia 2010 r. (jako pierwszy w Polsce) mianował prezydenta Honorowym Obywatelem Miasta i Gminy, a nazajutrz zarządził wyjazd do Warszawy. Są świadkowie, że mimo iż członek PiS (co prawda szeregowy), nie wychodził z hotelu, zamiast iść za trumnami. Towarzyszący mu wówczas delegaci, dziś zakamuflowani w Zgorzelcu, wprost nie mogli na to patrzeć.

Prawdę mówiąc, od niedawna w opozycji. Latami pielęgnowali naciągany wizerunek burmistrza – męża stanu. Podawali niedysponowanemu orzeźwiający rosół, zastępowali w godzinach przyjęć interesantów. Manipulowali, mówią, niemal trzy kadencje. Kiedy podczas podróży służbowych on spał w apartamentach za 500 euro, oni w najtańszych. Choć Bogatynia była już gminą pierwszą w Polsce pod względem kosztów administrowania. Oraz chyba najbardziej śmieszną. Nawet telewizja relacjonowała, jak radni jednogłośnie podjęli uchwałę subrogacji długów szpitala, nie mając pojęcia, co znaczy to słowo.

Z każdym dniem nabrzmiewało w dzisiejszych opozycjonistach obrzydzenie. Jednak każdy miał rodzinę w budżetówce.

Opozycyjne katharsis nastąpiło dopiero pięć lat po smoleńskiej katastrofie, gdy niemerytoryczne rozdawnictwo stanowisk, arogancki styl rządzenia (objawiający się m.in. rzucaniem butami w stół) oraz finansowa nonszalancja zaczęły wymykać się spod kontroli, a nad urzędem zawisło widmo prokuratury.

Narażając się na śmierć społeczną, tłumaczyli burmistrzowi, że tak nie wypada. Wallenrodzi, można powiedzieć. Niektórzy natychmiast pozwalniani w nikczemnym stylu (nierzadko esemesem o trzeciej nad ranem), łącznie z żonami. Inni jeszcze jakiś czas ćwiczeni poprzez przesuwanie z ładnie urządzonych gabinetów do kanciap na poddaszu. I poddawanie innych szykanom.

Czuli się obserwowani całodobowo. Gdy przykładowo wieczorową porą gościli w domu znajomych z ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]