POLITYKA

Sobota, 19 sierpnia 2017

Polityka - nr 3 (3094) z dnia 2017-01-18; s. 19-21

Polityka

Rafał Kalukin

Czy kaczyści to faszyści?

Rozmowa z prof. Romanem Kuźniarem, politologiem, dyplomatą, byłym doradcą do spraw bezpieczeństwa prezydenta Komorowskiego, o tym, czy państwo PiS zaczyna przypominać Włochy za Mussoliniego

Rafał Kalukin: – Ostrzega pan, że w Polsce rodzi się faszyzm. Problem w tym, że ten termin straszliwie się zdewaluował. Faszystami bywali już w swoim czasie nazywani choćby de Gaulle i młodszy prezydent Bush.
Roman Kuźniar: – Zgadzam się, że trzeba unikać epitetów i kanonicznych pojęć w sytuacjach nieadekwatnych. Faszyzm de Gaulle’a to przecież propagandowa groteska uprawiana przez Sowietów. Zarzuty wobec Busha brały się zaś z tego, że kręcili się wokół niego ludzie ze skrajnej prawicy z kręgu Newta Gingricha. Ostatnio zresztą pojawiający się również w kampanii Donalda Trumpa. W poglądach tych ludzi można doszukiwać się elementów faszyzmu.

Radykalnej amerykańskiej prawicy ostatnio zdarza się nawet wprost relatywizować faszyzm. U nas to jednak nie do pomyślenia.
Bo trudno sobie wyobrazić, aby kraj, który był ofiarą faszyzmu w wersji nazistowskiej, mógł być dotknięty tym samym schorzeniem. Tyle że faszyzm nie jest jednolity. W Polsce mamy ten problem, bo on natychmiast kojarzy się nam z nazistowskimi Niemcami. Ale to była przecież bardzo skrajna wersja faszyzmu. Najbardziej klasycznym przykładem, do którego się tutaj odwołuję, są Włochy z czasów Benito Mussoliniego.

Miałem świetnego nauczyciela prof. Franciszka Ryszkę, którego „Państwo stanu wyjątkowego” to jak dotąd najlepsza w Polsce monografia faszyzmu. Potrafię więc wiarygodnie konotować ten termin w odniesieniu do zjawisk, które obserwuję. A kilka istotnych elementów składających się na definicję faszyzmu dostrzegam dziś wyraźnie w polskiej rzeczywistości.

Jakich?
Po pierwsze, autorytaryzm. Po drugie, nacjonalizm. I po trzecie, wodzostwo. Wódz stoi ponad państwem i ponad prawem. Włoscy faszyści mówili, że wódz ma zawsze rację. U nas jest podobnie. O wszystkim rozstrzyga organ pozakonstytucyjny, czyli pan Jarosław Kaczyński.

Gdyby faszyzm zamykał się w tych trzech elementach, to i schyłkowego Piłsudskiego można by uczynić faszystą.
Ale Piłsudski nie był nacjonalistą!

On nie. Ale tendencje nacjonalistyczne w obozie władzy pod koniec lat 30. były już powszechne.
Nie bez podstaw mówiło się wtedy, że Polskę dotyka fenomen faszyzmu. Podobnie jak Słowację, Węgry albo Grecję. Ale ja nawet co do autorytaryzmu Piłsudskiego byłbym ostrożny. Konstytucja kwietniowa z 1935 r. faktycznie wzmacniała władzę wykonawczą, choć zarazem zachowała cały blok dotyczący praw człowieka zawarty wcześniej w konstytucji marcowej.

Triada autorytaryzm-nacjonalizm-wodzostwo nie wyczerpuje jednak zjawiska faszyzmu. Powinniśmy jeszcze dodać militaryzm i imperializm.
Imperializm jedynie w krajach, które mają do tego środki. Polska ma niewielkie szanse stać się faszyzmem imperialistycznym, bo trudno nam kogokolwiek podbijać. Mussolini tak samo jak nasza obecna władza fascynował się historią i traktował ją równie selektywnie. Miał jednak w zasobie odniesień tradycje Imperium Rzymskiego, czego naszym brakuje.

Mnie się zapaliły lampki, gdy przeczytałem słynną pracę Rafała Lemkina „Rządy państw Osi w okupowanej Europie”. Zwróciłem wtedy uwagę na sferę często niedocenianą – czyli język. I zaręczam panu, żadna dotychczasowa władza w Polsce nie posługiwała się równie plugawym językiem wobec przeciwników politycznych, jak obecnie PiS. To jest język faszystowski.

A nie po prostu brutalny?
Nie. W języku PiS pojawia się podział untermenschubermensch. Podczłowiek i nadczłowiek. To oczywiście nie ma podłoża rasowego, lecz polityczny. Kto trzyma z władzą, jest lepszy, kto przeciw niej – gorszy. Tyle że obecnie rządzący korzeniami tkwią w PRL, więc przejęli terminologię sowiecką. Jest gorszy sort i jest lepszy sort Polaków. Co nie zmienia tego, że mamy do czynienia z językiem pogardy i nienawiści. Przeraziło mnie to już w pierwszych tygodniach nowej władzy. Nowy język i towarzysząca mu mowa ciała. Patrzyłem oniemiały na relację z obrad Sejmu, gdy pierwszy raz zaatakowano Trybunał Konstytucyjny. Użyto wtedy nieprawdopodobnie wulgarnego języka wobec ludzi, którzy po prostu bronili jednej z fundamentalnych podstaw demokratycznego państwa prawa. Znajomy napisał mi wtedy w esemesie: „Roman, czy ty widzisz to samo co ja?”. Odpisałem: „To jest początek faszyzmu, a właściwie komunofaszyzmu”. O, mam to jeszcze w komórce. Z datą 5 grudnia 2015.

Ustawił więc pan poprzeczkę bardzo wysoko, a być może był to tylko objaw triumfalizmu nowej władzy.
Nie, nie. Każda władza lubi sobie na początku pofolgować, co widzimy raz na cztery lata. Ale tym razem chodziło o dużo więcej. O „komunistów i złodziei”, o „gestapo”, o odmawianie człowieczeństwa i honoru. Pan to znajdzie u Lemkina i innych badaczy faszyzmu: zanim zniszczymy przeciwnika, powinniśmy go najpierw odczł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]