POLITYKA

środa, 24 maja 2017

Polityka - nr 6 (3097) z dnia 2017-02-08; s. 36-38

Społeczeństwo / Psychologia

Ewa Wilk

Czy kobiety są jakieś inne

Wchodząc do świata wielkiej polityki, kobiety miały go ulepszyć, wręcz zrewolucjonizować swoją rzekomo przyrodzoną lojalnością i niechęcią do agresji. Na razie, przynajmniej w Polsce, nic takiego się nie wydarzyło. Dlaczego?

Z jednej strony kobiety szturmem zajmują miejsca w hierarchii społecznej zarezerwowane przez wieki dla mężczyzn. Wiele spośród nich wspina się na szczyty zawodowe czy polityczne bez feministycznej czy genderowej asekuracji, czyli kwot, parytetów itd. Mamy w Polsce drugą z kolei premier (trzecią w ćwierćwieczu), tym razem prawicową, a towarzyszy jej zastęp polityczek równie twardych w konserwatywnych poglądach (a więc brzydzących się „ideologią gender”). Przy tym z całą pewnością dorównujących kolegom po fachu w takich rzekomo męskich „przymiotach” przydatnych w polityce, jak ambicja, umiejętności manipulatorskie, agresja werbalna.

Z drugiej strony kultura popularna, w tym poppsychologia ze swoimi globalnymi hitami „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus” Johna Graya (1992 r., 45 mln egzemplarzy na całym świecie) czy „Płeć mózgu” Anne Moir i Davida Jessela (1989 r.), głosi przekonanie o nieprzezwyciężalnych różnicach między płciami. I – choćby pośrednio – podtrzymuje nadzieję, że osobniki płci żeńskiej gatunku Homo sapiens tylko z racji swej rzekomo łagodnej, ugodowej, nastawionej na współpracę natury ulepszą świat. Zgrabne metafory zawarte już w tytułach tych bestsellerów utwardzają popularne stereotypy, że one są może trochę głupsze od nich (np. w matematyce czy odczytywaniu map) i płaczliwsze, ale jakże lojalne i macierzyńskie. Że co prawda trochę puste i próżne, ale za to mniej skłonne do bezwzględnej rywalizacji, poniżania przeciwnika, autorytaryzmu, upajania się władzą.

Te dwa obrazy ewidentnie się nie schodzą. Pytanie: Czy baby są jakieś inne? (by zacytować tytuł komedii Marka Koterskiego), należy do najbardziej rozgrzewających publiczne dyskusje: od debat naukowych po internetowe pyskówki. Różnią się one jakością argumentów i frazeologii, ale w grę zazwyczaj wchodzi zderzenie dwóch totalnie przeciwnych, apriorycznych założeń. Pierwsze brzmi: „Nie mówcie mi, że kobiety są takie same jak mężczyźni, skoro gołym okiem widać, że nie są”. Drugie: „Nie wmawiajcie, że są inne, skoro nieustannie dowodzą, że są takie same jak oni. Czyli mądre bądź głupie, dobre lub złe, silne czy też słabe”.

Ten nieustający spór przekłada się – bardziej, niż myślimy – na życie współczesnych ludzi. Nie tylko na to prywatne, w parach i rodzinach, ale na każdą inną sferę naszego istnienia: zawodową, naukową, polityczną. Odzywa się echem w stosunkach pracy i w decyzjach wyborczych. Sprawia, że mężowie gubią się w relacjach z żonami, bo nawet jeśli chcieliby praktykować równość płci i partnerstwo, to podejrzewają, że ich kobiety jakoś inaczej niż oni to rozumieją. Powoduje, że szefowie chcieliby nawet awansować podwładne, ale mają wrażenie, że im o co innego w życiu chodzi. Wyborcy chwalą talenty i intelektualne walory polityczek, ale nie wierzą, że sprawdzą się one w roli formalnych i realnych liderek.

Premia (i kara) za broszkę

A jeśli nawet zdarzy się kobiecie dostać pierwszoplanową kreację w politycznym castingu, to zawsze patrzy się na nią przez raster kobiecości. Zwykle ma „ocieplać wizerunek”. Urodą, nogami, miłym głosem, uprzejmym uśmiechem, broszką na piersi. Niekiedy nadmierne eksponowanie tych walorów zwraca się przeciw nim, czego ewidentnym dowodem jest np. niedawna ponura klęska Magdaleny Ogórek, co całą lewicę pchnęło w przepaść. Podobnie rzecz się miała z Ewą Kopacz – nawet w swym własnym obozie uchodziła za „zbyt kobiecą” (od upodobania do szpilek po emfatyczny sposób wypowiadania się). Z Beatą Szydło sprawa jest na razie zagadkowa. Jej wystudiowana formuła kobiecości zwolenników urzeka, przeciwników doprowadza do białej gorączki. Choćby monotonia głosu – dla pierwszych dowód na spokój, dla drugich drażniąca maniera nudnej i zasadniczej gospodyni klasowej. Podobnie odczytywane są jej relacje z prezesem PiS: pierwsi widzą w tym chwalebną lojalność, inni (równie podobno kobiecą) bezrozumną poddańczość. Legendarną już broszkę – jedni premiują sympatią, inni bezlitośnie wyszydzają tak podkreślaną „paniusiowatość”.

Tak czy inaczej kobiety w życiu publicznym podlegają uważniejszej niż mężczyźni społecznej obserwacji. Rzadko zdarza się, by emocjonalny polityk mężczyzna oceniany był w kategoriach nadmiaru testosteronu, kobietę w takiej sytuacji w pierwszym rzędzie podejrzewa się o menopauzalne niedobory hormonalne. I nawet bez szczególnie złej woli publiczność chętniej doszukuje się różnic niż podobieństw między obiema płciami.

Podobnie rzeczy się mają z mechanizmami awansu zawodowego. Jakby samo uzasadnienie kompetencjami i talentami nie wystarczyło, musi jeszcze paść argument „płciowy”, z pozoru nawet pozytywny. Choćby oczekiwanie, że kobieta dokooptowana do zarządu wprowadzi do atmosfery, kultury firmy tzw. pierwiastek kobiecy. Gdy nie wprowadza, dysonans poznawczy narasta, a społeczna kara jest niewspółmierna do „winy” – zaczyna uchodzić za wiedźmę, „korpo-sukę”, twardzielkę itp.

Gdzie tkwi problem? W pułapce stereotypów. Ugrzęźli w niej ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]