POLITYKA

Niedziela, 25 września 2016

Polityka - nr 17 (2753) z dnia 2010-04-24; s. 12-13

Po katastrofie

Jacek Żakowski

Czy Marszałek daje radę?

Dwa tygodnie temu Bronisław Komorowski miał prezydenturę w kieszeni. Teraz, żeby wygrać, musi udowodnić, że potrafi sprostać wyzwaniu dużo trudniejszemu niż prezydentura i jakakolwiek inna znana dotąd polityczna funkcja. Musi się sprawdzić w roli, która nigdy wcześniej w Polsce nie istniała.

Kiedy prezydencki samolot rozbił się pod Smoleńskiem, marszałek był w swoim letnim domu w Budach Ruskich na Pojezierzu Suwalskim. Dobre cztery godziny jazdy od Warszawy. Sytuacja zaskoczyła go tak samo jak wszystkich. Z tą może niewielką różnicą, że jako marszałek i jeden z twórców konstytucji dobrze wiedział, co mówi ona o takiej sytuacji. Ale konstytucja jest w tej sprawie niezwykle lakoniczna. „Marszałek Sejmu tymczasowo, do czasu wyboru nowego Prezydenta Rzeczpospolitej, wykonuje obowiązki Prezydenta Rzeczpospolitej w razie: 1. śmierci Prezydenta Rzeczpospolitej”. Nic więcej konstytucja nikomu nie powie.

Bronisław Komorowski mógł więc swoją nową rolę zrozumieć rozmaicie. Mógł uznać, że teraz to on jest prezydentem. Mógł poczuć się p.o. Prezydenta. Wybrał – jak się wydaje – wariant najskromniejszy. „Wykonuje obowiązki Prezydenta Rzeczpospolitej”. Nie prawa. Nie rolę. To znaczy, że w ramach nowej funkcji ma robić tylko to, co jest przed wyborami rzeczywiście niezbędnie konieczne. Ani słowa więcej. Ani kroku dalej.

Tamtej soboty dzwoni do szefa Kancelarii Sejmu. Prosi o ekspertyzy i szybkie skrzyknięcie pracowników do biura. Rzecznik marszałka pędzi samochodem z Poznania. Trzy razy zatrzymują go policyjne radary. Prośba o policyjną asystę na sygnale w grę nie wchodzi; swojemu kierowcy Komorowski też nie pozwala używać koguta.

Z letniego domu w Broku, po drugiej stronie Warszawy, jedzie Jacek Michałowski, szef Fundacji Współpracy Polsko-Amerykańskiej, kiedyś szef kampanii prezydenckiej Mazowieckiego – oczywisty dla Komorowskiego kandydat na p. o. szefa Kancelarii Prezydenta. Dwa lata temu Michałowski nie chciał być szefem Kancelarii Sejmu. Teraz, kiedy prezydencka kancelaria tragicznie straciła szefa i połowę ministrów, nie może odmówić. A marszałek musi tam mieć swojego łącznika.

Kilka minut po pierwszej marszałek, Michałowski, szef Kancelarii i jego zastępca, dyrektorzy biur, rzecznik prasowy marszałka spotykają się w gabinecie Komorowskiego. Przez następny tydzień będą się tak spotykali przynajmniej pięć razy dziennie. Zapadają pierwsze decyzje: wiceszef Kancelarii, minister Młotkiewicz, zajmie się rodzinami tragicznie zmarłych posłów. Każda rodzina ma dostać do pomocy człowieka z Kancelarii i samochód z kierowcą. Na wieczór marszałek zwołuje Konwent, czyli zebranie przedstawicieli klubów. W miarę jak daje się ustalić listę ofiar, zaczyna dzwonić do rodzin posłów, którzy zginęli w Smoleńsku. Uważa, że musi to zrobić osobiście.

Ciężar tych rozmów widać na jego twarzy i słychać w jego głosie, kiedy wreszcie wychodzi do prasy. Informuje o śmierci prezydenta, cytuje konstytucję nakazującą mu wykonywać jego obowiązki. Stwierdza, że je przejął. To praktycznie wszystko. Nikt nie jest zadowolony. Nie był przekonujący. Nie zaoferował politycznego, emocjonalnego przywództwa. Nie złagodził traumy. Słowa były suche. Krytyczni są nawet najbliżsi współpracownicy. Mógł przecież stanąć przed tym bezlikiem kamer, mikrofonów, fleszy i dramatycznym tonem pasującym do straszliwego dramatu sytuacji powiedzieć „Rodacy…!”. Wielu na to czekało. Mógł w ten sposób zarobić sporo sondażowych punktów. Ale nie chciał.

Przed 15.00 dzwoni prezydent Miedwiediew. Ciepła i długa jak na dyplomatyczne standardy rozmowa. Potem inni prezydenci, szefowie parlamentów, instytucji międzynarodowych i rządów. Rozmowy zwyczajowo prowadzone za pośrednictwem tłumacza, trwają po 5–10 minut. Prezydent Obama zapowiada telefon wieczorem. Gdy obraduje pospiesznie zebrany Konwent, w pokoju obok rozstawia się ekipa telewizyjna. Trzeba nagrać orędzie. Nie ma czasu, żeby je spokojnie przygotować. A marszałek nie chce go wygłosić. Chce czytać. I nie chce żadnych mocnych emocjonalnych akcentów. „Tylko bez picowania” – powtarza, kiedy pracują nad tekstem.

Czyta niepewnie, jakby zdrewniałą krtanią. Ktoś proponuje, żeby zamiast czytać, wygłosił orędzie z głowy. Kategorycznie odmawia. Uważa, że każde jego słowo ma teraz zbyt wielkie znaczenie. To go usztywnia. Jest lepszym mówcą niż lektorem. Mówi wyraziście. Plastycznie obrazuje. A czyta ze sztuczną emfazą. Jakby był skrępowany faktem, że zamiast mówić czyta.

W niedzielę kryzysowa machina pędzi niemal od świtu. Rano spotkanie kierownictwa, telefony do rodzin i ze świata. O 10.00 do gabinetu marszałka wchodzi premier Tusk. Rozmowa w cztery oczy trwa półtorej godziny. O 11.30 do Sejmu przyjeżdża cała Rada Ministrów. Na 12.00 premier ogłosił dwie minuty ciszy. Rząd i marszałkowie składają kwiaty przed Sejmem, gdzie wystawiono zdjęcia zabitych senatorów i posłów.

Prosto z uroczystości marszałek idzie do Kancelarii Prezydenta mieszczącej się w kompleksie sejmowym. To będzie jego jedyna wizyta w tym gmachu. Do prezydenckiego pałacu też pojedzie tylko po to, żeby złożyć hołd parze prezydenckiej. Tu i tam jest gościem. Nie jego pałac ani kancelaria.

Kancelaria wygląda jak krypta po pogrzebie. Przed gabinetami ofiar katastrofy kwiaty i płonące znicze. Urzędnicy mają łzy w oczach. Marszałek przyszedł tu tylko po to, żeby wprowadzić Jacka Michałowskiego mającego peł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]