POLITYKA

środa, 28 czerwca 2017

Polityka - nr 14 (3105) z dnia 2017-04-05; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Czy to ten moment?

Kolejnym sondażom potwierdzającym, że PiS utracił – pokaźną wcześniej – przewagę nad opozycją, towarzyszy pytanie: czy to już ten moment? Wahnięcie nastrojów społecznych czy zapowiedź zasadniczego zwrotu? Oczywiście każdy wie, że dwa lata przed wyborami sondaże poparcia nie mają wielkiego znaczenia, ale jakaś dość powszechna intuicja podpowiada, że jednak stało się coś ważnego. Czar prysnął. Propaganda PiS nadała swemu sukcesowi wyborczemu wymiar dziejowy. To nie było zwykłe, ledwo trzymandatowe zwycięstwo, ale moralny triumf dobra nad złem, początek wielkiej, obejmującej całą rzeczywistość rewolucji. I zwolennicy, i przeciwnicy mieli ten patetyczny przekaz odczytywać podobnie: nie wybraliście nowego, przejściowego zarządu państwa, ale jego – na lata, może na pokolenie – doczesną i duchową władzę. Pewnie dlatego Jarosław Kaczyński, zdawałoby się wbrew politycznej logice, nie pozwalał swoim ludziom się cofać, okazywać wątpliwości, szukać kompromisów, negocjować. Cała partia przebrała się za żołnierzy niezłomnych. I nagle bum: brukselska eksplozja zerwała czapki, pagony i spodnie. Mitowi przytrafiło się to, co najgorsze: śmieszność.

Nawet jeśli PiS ma nadal solidne sondażowe 28–30 proc., to dookoła nic już nie jest takie samo. Przede wszystkim od podmuchu pękła emocjonalna skorupa, która po wyborczej klęsce nie pozwoliła Platformie Obywatelskiej urosnąć ponad 15–20 proc. poparcia. Obecne, rekordowe 26–28 proc. oznacza, że spora część dawnego elektoratu byłej rządzącej formacji „odobraziła się” na PO i zaakceptowała domyślny przyszłościowy tandem wyborczy: Tusk-Schetyna. Zaskakujący jest, wykazany już w paru sondażach, wzrost popularności (i to do poziomu 8–12 proc.) kompletnie nieobecnego publicznie SLD. Prawdopodobna hipoteza: część antypisowskiego centrowego elektoratu, wciąż niechętna PO, zaparkowała przy liberalnej, świeckiej, reprezentującej „konstytucyjne wartości” (a uwolnionej od Millera i Ogórek) niby-lewicy. Urosła też trochę (nawet do wysokości progu wyborczego) młoda lewica z Razem. To jeszcze nie przełom: w sumie sondaże wróciły do poziomu z wyborów 2015 r.; z jednym wszakże wyjątkiem – spadkiem notowań PiS. Nadzieje na premię powyborczą, samodzielne zwycięstwo w następnych wyborcach, a nawet przyszłą większość konstytucyjną rozsypują się jak piasek na wietrze.

Ta sytuacja ma poważne konsekwencje polityczne. Wizja prawdopodobnej, a przynajmniej niewykluczonej przegranej może naruszyć spoistość tzw. Zjednoczonej Prawicy. W partii, której sondaże spadają, zawsze zaczyna się szukanie winnych. Nie wyobrażam sobie, aby nie było tam dziś po kątach szeptanek, że prezes może i jest genialnym diagnostą (polecam znakomity tekst Rafała Kalukina na s. 16), ale jednak daje się ponieść, a na pewno ma złych doradców (tu niech państwo dopowiedzą sobie nazwiska); że trzeba by wreszcie okiełznać towarzyszy (nazwiska) psujących wizerunek partii. Tysiące działaczy pisowskich, ich krewnych i znajomych, którzy objęli intratne posady w urzędach i spółkach Skarbu Państwa (niekiedy z pensjami i bonusami idącymi w miliony złotych rocznie – POLITYKA 12), chciałoby pewnie w spokoju pocieszyć się życiem, wpływami i pieniędzmi, a obsesje samego prezesa, szaleństwa Macierewicza, mściwość Ziobry, brednie Waszczykowskiego, arogancja Szyszki, rozbijanie służbowych aut – narażają interes całej formacji. Liderzy tej partii już zaczynają ze sobą rywalizować, wzajemnie się podgryzać, blokować, szukać własnego dojścia do ucha prezesa. Kolejne złe sondaże – gdyby się utrwaliły – uruchomią (by użyć ulubionej frazy Kaczyńskiego) „dynamikę polityczną”, nad którą coraz trudniej będzie zapanować.

Widać, jak gorączkowo kierownictwo partii próbuje zarządzać nieoczekiwanym kryzysem; w pierwszym odruchu sięgając po stare sprawdzone metody. Jak wizerunkowa trwoga, to trzeba wypchnąć do przodu Dudę i Szydło. Dlatego pewnie prezydent otrzymał zgodę na pewien bunt przeciwko „ekstrawagancjom” min. Macierewicza, a premier Szydło zorganizowała uroczyste obchody rocznicy 500 plus (może będą też miesięcznice?), przypominając, kto dał pieniądze „Polkom i Polakom”. To na froncie; na zapleczu, jak słyszymy, trwają prace nad takimi rozwiązaniami prawnymi i pozaprawnymi, które pozwolą „raz zdobytej władzy nie oddać nigdy”. Można się spodziewać zmiany ordynacji wyborczych, prób szybkiego opanowania naczelnych sądów, Krajowej Rady Sadownictwa, Sądu Najwyższego, Państwowej Komisji Wyborczej. Zapowiedziano (mętnie) zamiar przejęcia mediów regionalnych i wprowadzenia kontroli treści (!) prasowych (sugerował to prezes Urzędu Ochrony Konkurencji). Ograniczane będą prawa parlamentarnej i pozaparlamentarnej opozycji.

Tymczasem silnie nadwątlone morale zwolenników ma podbudować siódma rocznica katastrofy smoleńskiej, w wersji rozdętej do rozmiarów święta państwowego (s. 12). Wyborcy PiS otrzymają kolejną dawkę emocji w formie tradycyjnych pomówień, oskarżeń, gróźb, obrażania i przeganiania opozycji, werbalnego odwetu na Tusku. Trudno jednak przewidzieć, czy sam spektakl, od strony widowni, nie wymknie się spod kontroli, bo i tym razem mają tam protestować przeciwnicy „pisowskiego kłamstwa”. I w sprawie smoleńskiej coś się ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]