POLITYKA

Wtorek, 26 września 2017

Polityka - nr 33 (3123) z dnia 2017-08-16; s. 8

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce. Komentuje Aleksander Hall

Aleksander Hall

Czy warto czekać na polskiego Macrona?

Obrona konstytucji, wolności obywatelskich i miejsca Polski w UE – to stawka, o którą walczymy. Ważniejsza niż szukanie na siłę nowego narodowego przywódcy.

Sezon ogórkowy w polskiej polityce trwał w tym roku wyjątkowo krótko. Zaczął się pod koniec lipca, gdy opadło społeczne napięcie po decyzji prezydenta Dudy o zawetowaniu dwóch ustaw podporządkowujących partii rządzącej władzę sądowniczą. Skończył się, gdy dowiedzieliśmy się, że prezydent wreszcie odmówił żyrowania poczynań Antoniego Macierewicza dewastujących obronę narodową. Tak należy interpretować decyzję prezydenta Dudy o odwołaniu nominacji generalskich w dniu Święta Wojska Polskiego.

Podczas krótkiego politycznego intermedium głośniej zabrzmiały publicystyczne głosy wyrażające nadzieję na pojawienie się męża opatrznościowego, który poprowadzi niechętną PiS część społeczeństwa do zwycięskiej ofensywy. Tęsknota za liderem tej Polski, która nie akceptuje wizji politycznej Jarosława Kaczyńskiego, nie jest nowa. Co najmniej od początku roku pojawiały się opinie, że liderzy partii opozycyjnych nie mają wystarczającego formatu politycznego, aby nawiązać prawdziwą rywalizację z przywódcą PiS. Jedni widzieli męża opatrznościowego w Donaldzie Tusku, opromienionym efektownym wyborem na drugą kadencję przewodniczącego Rady Europejskiej, inni – we Władysławie Frasyniuku, legendzie podziemnej Solidarności, a jeszcze inni podpowiadali PO i Nowoczesnej pokoleniową wymianę liderów.

Przekonujące zwycięstwo Emmanuela Macrona w wiosennych wyborach prezydenckich we Francji i efektowny początek jego prezydentury spowodowały nowe oczekiwanie: na pojawienie się polskiego Macrona, a więc kogoś, kto miałby być spoza dotychczasowych politycznych układów, najlepiej młodego i charyzmatycznego, promieniującego energią i zdecydowaniem.

Jest dla mnie oczywiste, że posiadanie lidera dużego formatu zawsze jest atutem obozu politycznego, a zwłaszcza narodu stojącego wobec historycznego wyzwania. Takim naszym wielkim atutem był Lech Wałęsa w przełomowej dekadzie lat 80. XX w. W sierpniu 1980 r. obserwowałem w Stoczni Gdańskiej błyskawiczny proces jego przeobrażania się z bezrobotnego opozycjonisty – wcale nieodgrywającego pierwszoplanowej roli w trójmiejskim środowisku opozycyjnym – w ogólnonarodowego przywódcę. Nie był to przypadek. Wyrastaniu Wałęsy na przywódcę sprzyjało oczekiwanie strajkujących robotników, że przewodzić im będzie jeden z nich – ale mający już za sobą polityczne doświadczenie. Znaczenie miały także przywódcze cechy samego Wałęsy i zaakceptowanie go w nowej roli przez inicjatorów strajku z Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża.

Wiem jednak dobrze, że taki zbieg okoliczności wcale nie jest regułą w sytuacji historycznego wyzwania. Wybitni przywódcy nie rodzą się na kamieniu. Polsce zabrakło ich na przykład podczas powstania listopadowego czy w 1939 r. – chociaż w tym drugim przypadku chyba nawet najwybitniejszy mąż stanu nie zdołałby odwrócić fatalnego dla Polski biegu wypadków.

A w jakiej sytuacji znajdujemy się obecnie? Ta część naszego społeczeństwa, która nie chce przekształcania Polski w państwo faktycznie autorytarne, chociaż zachowujące demokratyczną fasadę, nie dysponuje obecnie kimś, kto cieszyłby się powszechną akceptacją jako narodowy przywódca. Trzeba ten fakt przyjąć do wiadomości. Być może wyłoni się on spośród postaci występujących aktywnie przeciwko „dobrej zmianie”. Jestem przekonany, że nie zabraknie nam okazji, w których kandydaci do narodowego przywództwa będą mogli – a nawet musieli – wykazać się charakterem i politycznymi kwalifikacjami.

Z pewnością nie należy go szukać na siłę i przedwcześnie proklamować jako męża opatrznościowego. Przykładowi Macrona warto przyjrzeć się uważniej. Gdy w naszym kraju wołano o polskiego Macrona, prezydent Francji osiągał najniższe notowania popularności po trzech miesiącach sprawowania urzędu spośród wszystkich prezydentów V Republiki. Oczywiście wcale to jeszcze nie oznacza, że przegrał, ale prawdziwy egzamin z kwalifikacji przywódczych jest dopiero przed nim i nie będzie on łatwy, gdyż Francuzi stawiają bardzo wysoko poprzeczkę swym prezydentom, a ich sympatie polityczne są zmienne.

Jest także mitem, że Macron jest osobą spoza politycznego establishmentu. Od lat należał do merytokratycznej elity V Republiki. Przez dwa lata był jednym z najbliższych współpracowników prezydenta Hollande’a w Pałacu Elizejskim, a przez następne dwa – potężnym ministrem finansów. W drodze do prezydentury miał wsparcie doświadczonych polityków, przede wszystkim wywodzących się z Partii Socjalistycznej, oraz wpływowych ludzi ze świata wielkich finansów i mediów. W niczym nie umniejszając jego wyborczego sukcesu, byłoby błędem widzieć w nim samotnego rycerza wyniesionego do władzy przez społeczeństwo obywatelskie wbrew klasie politycznej.

Polski Macron raczej się nie pojawi i nie uważam tego za nieszczęście. Jestem przekonany, że ta część polskiego społeczeństwa, która nie chce, aby nasz kraj podążał w kierunku wytyczanym przez Jarosława Kaczyńskiego, dysponuje znaczącym potencjałem. Zobaczyliśmy to w dniach lipcowych ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]